środa, 3 września 2014

Lekcje czas zacząć


*z perspektywy Kathleen. 2 września, pierwszy dzień zajęć *

- Kat - rozległ się odległy głos. Dziewczyna nie wiedziała czyj był, ale miała nadzieję, że zaraz sobie pójdzie.

- Katie.

Uciążliwy dźwięk nie dawał za wygraną. Kat przekręciła się na drugi bok i naciągnęła cieplutką kołdrę na głowę.

- Kathleen!

- Idzobie... - wymamrotała dziewczyna, połową mózgu nadal będąc w krainie snów.

- MALICE, RUSZ TYŁEK, ZARAZ MAMY ZAKLĘCIA!

Coś gwałtownie pozbawiło Katie kołdry, zmuszając ją do otwarcia oczu. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła, była twarz zirytowanej współlokatorki.

- Czo jest? - zapytała Kat, ziewając przeciągle.

- Zaklęcia. Zaraz. Prysznic. Ubrania. Bieg.

- Która godzina? - zapytała Katie, przeczuwając najgorsze. Koleżanka tylko spojrzała sceptycznie na Malice.

- Masz piętnaście minut. Bądź zdrów - wywróciła oczami i wyszła.

Katie, gdy tylko pozwoliła rzeczywistości dotrzeć do jej zaspanego mózgu, natychmiast wyskoczyła z łóżka. Dormitorium było już puste.

- Szlag. W mordę Hipogryfa, zawsze to samo, pierwszego dnia, co ze mną jest nie tak? - mamrotała, gorączkowo szukając swoich szat. Gdy wreszcie je skompletowała, wpadła do łazienki, próbując umyć zęby i uczesać się jednocześnie.

Niestety, to nie był dobry pomysł. Skończyło się na pomyleniu szczotek.

Kat pisnęła z frustracją, gdy toporna książka nie chciała zmieścić się w jej szkolnej torbie.

A tam zielony smok, co wiele lat już żył, wyleciał w podróż sam, krwi spragniony był - nuciła gorączkowo dziewczyna. Jej manierą było podśpiewywanie, gdy się stresowała. Odruch bezwarunkowy, można powiedzieć.

I ten zielony smok, napotkał wiedźmę raz... pam pa ram pam, tam tam -wyleciała z dormitorium, w biegu zarzucając ciężką torbę na ramię.

Biegła, zdając się na instynkt, który już zdążyła przyzwyczaić do ciągłej bieganiny.
Kolejny ostry zakręt, kolejna asekuracja przed upadkiem - już prawie była na miejscu. Wymijała przypadkowych uczniów jak słupki obręczy podczas gry w Quidditcha. Czasem krzyknęła gorączkowe "przepraszam", jednak nie przejmowała się w większej mierze pomrukami dezaprobaty.

- Dlaczego zawsze ja? - wymamrotała, dopadając w tym momencie drewnianych drzwi. Tak!, omal nie wykrzyknęła. Dziś chyba pobiłam mój rekord, pomyślała, wślizgując się do klasy. Na jej szczęście, profesora Flitwicka nie było widać na horyzoncie. Choć jego zazwyczaj nie było widać.

Katie otrzęsła się z konkluzji, wsuwając się na swoje miejsce. Westchnęła, opadając na siedzenie. Dopiero teraz mogła poczuć zawrotne tempo, z jakim biło jej serce. - Merlinie, uchowaj - jęknęła. - Albo ześlij lepszy budzik.

- Dzień dobry, uczniowie - rozległ się głos Flitwicka, który właśnie wspinał się na podium. - Witam na owutemowych zajęciach z Zaklęć. Mam nadzieję, że jesteście w pełni gotowi na to, co wasz czeka. Ostrzegam, w tym roku wzmocnimy pracę. W końcu wszyscy chcemy, żebyście zdali z przyzwoitymi wynikami - mrugnął okiem. - Na wstępie, zanim przejdziemy do omawiania samych owutemów rozgrzejcie różdżki. Chcę, żeby każdy z was przywołał zielone, soczyste jabłko, a następnie macie wyczarować mu nóżki. Możecie dodać coś innego, według własnej fantazji - zaklaskał w swoje małe dłonie. - No, do dzieła!

Kathleen westchnęła. Na samą myśl o jabłkach czuła burczenie w brzuchu. Ominęła śniadanie. Nienawidziła omijać śniadań.

Zaczęła wykonywać zadanie i już prawie uśmiechnęła się z zadowoleniem, widząc efekty, jednak wtedy jej praca dosłownie dostała nóg i zaczęła uciekać.

- Hej, ty! Stój! - krzyknęła za owocem, który walecznie przemierzał klasę w poszukiwaniu drogi ujścia. Katie ruszyła za nim. - Zatrzymaj się! Aghrr, stłukę cię na kwaśne jabłko! - nawoływała swój owoc, ignorując śmiechy uczniów.

- Panno Malice, niech pani użyje różdżki - poinstruował ją profesor.

- A. Tak. To... to może się udać - mruknęła zbita z tropu. Wycelowała w żwawy owoc i krzyknęła: Accio Jabłko!
Udało jej się częściowo. Owoc wrócił do niej. Jednak zamiast trafić do jej dłoni, uderzył dziewczynę w sam środek czoła. Impet pocisku sprawił, że Katie upadła na podłogę.

Śmiech klasy utwierdził ją w przekonaniu, że wyglądała wyjątkowo głupio.

Witaj szkoło, wymamrotała w myślach.
Dopiero potem we własnym odbiciu zobaczyła turkusową plamę na swoim czole. Turkus? Od kiedy mam turkusowe siniaki?, zmarszczyła brwi. Choć... Merlinie. Moje jabłko farbuje. Pofarbowało mi czoło. DLACZEGO ZMIENIŁAM JEGO KOLOR, PO CO?Gdy Ślizgonka odkryła, że kolor nie chce opuścić jej czoła, uznała, że definitywnie nie tak wyobrażała sobie siódmy rok.

Miałam zostać zapamiętana, ale nie jako Naczelna Łamaga Hogwartu,
westchnęła.

Następnie musiała przetrwać Transmutację, Numerologię i Mugoloznawstwo (nie miała pojęcia, co robi na tym ostatnim przedmiocie, ale nauczycielka była sympatyczna).

Profesorowie prawdopodobnie urządzili konkurs "kto bardziej wystraszy uczniów". Każdy powtarzał, jak ważne są owutemy i jak arcytrudne będzie zdanie ich z zadowalającym wynikiem.

Z utęsknieniem wyczekiwała eliksirów. Były podwójne, jednak Kat, w przeciwieństwie do Gryfonów, wcale nie była rozczarowana. Lubiła eliksiry.

I czerpała niezrozumianą radość z corocznego obserwowania reakcji Gryfów, gdy dowiadywali się, że mają podwójne eliksiry.

Ta radość musiała mieć coś wspólnego z byciem Ślizgonem.

Choć Kathleen nie czuła w sobie wiele ślizgonowatości. Nie to, że nie była ambitna. I nie to, że nie potrafiła myśleć, czasami jej się zdarzało. Po prostu... nie wpasowała się w kanon oziębłości.

Była tam dlatego, że nie pozwoliła Tiarze choćby rozważyć innego domu. Katie była półkrwi. To nie był najgorszy ze statusów w świecie czarodziei, jednak chciała być traktowana z pełnym respektem. Więc uznała, że trafiając do Slytherinu, udowodni, że jest godna bycia czarownicą.

Tak w każdym razie rozumowała jako dziecko.
A teraz maszerowała w stronę lochu, pośród szyderczych uśmieszków, z wielką, turkusową plamą na czole.

- Ej, Malice, uroczy kolor, nowy image? Dość... inspirujący- zaśmiał się jeden z jej kolegów, patrząc centralnie na jej czoło. Caspian Mystere. Ślizgon nad Ślizgonami. Utrapienie nad Utrapieniami.

- Nie tak bardzo, jak wczorajszy por w twoich uszach. Tego trendu chyba nie jestem w stanie pobić - odparowała, przyspieszając i żywiąc nadzieję, że na bladej cerze chłopaka wykwitł szkarłatny rumieniec.
Wreszcie dotarła do klasy eliksirów i usiadła na jednym z murków. Uczniowie zaczynali się schodzić. Gdzie ta Blanc?, pomyślała z zniecierpliwieniem, próbując ukradkiem wytrzeć plamę. Nieskutecznie.

*z perspektywy Nathalie *

Jedną z najbardziej uciążliwych dolegliwości Nathalie była bezsenność. Nawet gdy dziewczyna była wykończona, nie mogła zmrużyć oka. Jej matka twierdziła, że jest to spowodowane nadmiernym zamartwianiem się różnymi, często błahymi, sprawami. Miała rację. Nat nie mogła przestać myśleć o nadchodzącym dniu. Fakt, że Tiara przydzieliła jej brata do Gryffindoru, i te jego wesołe krzyki: Jupi! Jestem Gryfonem! Nananana! oraz wiadomość Dumbledore'a o nadchodzących wyzwaniach pozwoliła jej skreślić dwa punkty z listy zmartwień. Jednak w umyśle dziewczyny wciąż rozbrzmiewała jedna myśl:

Co jeśli znowu mnie nie zauważy, znowu prześlizgnie się po mojej twarzy, jakbym była niewidzialna?

Nikt, nawet Kathleen, nie wiedział o fatalnym zauroczeniu Nathalie. Dziewczyna była w nim zakochana od czwartej klasy, a mowa tu o niejakim Danielu Whittonie. Chłopak również był Gryfonem, lecz to bynajmniej nie ułatwiało Nat zdobycia się na odwagę, by z nim porozmawiać.

Jak wszyscy świetnie wiedzą, jedną z cech, które są cenione przez dom Nathalie, jest odwaga. Dziewczyna nie była tchórzem, Boże broń! Była tylko nieprzeciętnie nieśmiała. Znajomość z Katie również nie zaczęła się z jej inicjatywy. Właściwie to był przypadek, no bo jak inaczej nazwać incydent, w którym Ślizgonka z impetem wpada na Gryfonkę, rozbijając przy okazji flakonik atramentu? Mówiąc dobitniej, Nathalie miała problem z nawiązywaniem kontaktu. Prędzej zmierzyłaby się z Dementorem, niż zagadała do obiektu swych westchnień. Dlatego też dziewczyna czekała już kilka lat, w nadziei, że Daniel nareszcie zwróci na nią uwagę.

Było jeszcze bardzo wcześnie, lecz Nat nie mogła spać, a leżenie i zadręczanie się zaczęło ją irytować.
Zwlokła się po cichu z łóżka. Pomału przyszykowała się na nadchodzący dzień.

Plan na dziś, 
pomyślała, wstać, wziąć się w garść, przeżyć.

Nikt się jeszcze nie obudził, a na śniadanie było za wcześnie. Nathalie postanowiła napisać list do rodziców. Usiadła przy stoliku w pokoju wspólnym i wzięła się do roboty. Napisała, że Phillipa przydzielono do Gryffindoru, że tęskni za domem, że plan jest w porządku i obiecuje się więcej uczyć.

Mimo wielu wad, Nat kochała mamę i tatę. Nie chciała, żeby się martwili, więc nie zawsze mówiła im prawdę.

Dziewczyna usłyszała szmery dobiegające z dormitoriów. Nat wolała uniknąć męczących ją pytań o wakacje, więc udała się na śniadanie. Siedząc przy stole w Wielkiej Sali, Nathalie wypatrywała Kat. Nigdzie jej nie widziała.

Pewnie znowu zaspała i się spóźni, świetnie.

Dziewczynie nie pozostało nic innego, jak tylko udać się na Transmutację w towarzystwie Leny Bloom, z którą dzieliła sypialnię. W drodze do klasy, Nat spostrzegła kątem oka Daniela. Automatycznie się zarumieniła, a jej dłonie stały się zimne niczym lód. Wszystkie panny chichotały na jego widok, był taki przystojny. Wysoki i szczupły, miał ciemnobrązowe, prawie czarne włosy i niebieskie oczy, otoczone długimi rzęsami. Nathalie westchnęła cicho i ruszyła w stronę swej ławki.

McGonagall wyglądała bardziej poważnie i sztywno niż zwykle. Oho, zaraz się zacznie. Po porażającej przemowie o tym, jak to powinni się uczyć, gdyż ich przyszłość zależy od wyników owutemów i całej reszcie, uczniowie przystąpili to standardowej transmutacji.

Nathalie lubiła ten przedmiot, w przeciwieństwie do eliksirów. Brrr.

Jak Kat mogła je kochać?

- Pst, Nat – szepnęła Lena.

Blanc poczekała aż nauczycielka się odwróci i spojrzała na koleżankę.

- Co?

- Daniel się na ciebie gapi. Zrobiłaś mu coś?

- Nie wiem – odpowiedziała, jąkając się.

Gapił się na nią! Nathalie nie mogła wyjść ze zdumienia. Myślała, że nie wie o jej istnieniu. A może mam jakąś plamę, dziurę, kołtun na włosach? Może ktoś przykleił mi coś do pleców? Część mózgu odpowiedzialna za zamartwianie się wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Nat przez resztę dnia była zmieszana i zestresowana.

Po tym jak Carl zamienił swą lewą dłoń w mackę ośmiornicy, po odtransportowaniu go do Skrzydła Szpitalnego i drzemce na Historii Magii, Blanc biegła w stronę lochów, na eliksiry. Niestety, nie zauważyła przechodzącej Puchonki i z impetem zderzyła się z nią.

- Przepraszam – wydukała.

- Nic się nie stało. To moja wina, nie powinnam tu stać – dziewczyna wzięła winę na siebie.

Dlaczego? Bycie Puchonem zobowiązuje, a niektórzy po prostu przesadzają.
Nathalie otrzepała się i ruszyła na dół, wiedząc, że Katie pewnie na nią czeka. Nic jej nie będzie, jeśli to ja raz się spóźnię, pomyślała z cieniem uśmiechu na ustach.

*złączenie perspektyw *

Zabiję kolejnego odważnego, który zaśmieje się na mój widok.

Wpatrywała się z uporem w ścianę naprzeciw.

Gdzie ona jest? Ten dzień coraz bardziej mi udowadnia, że życie mi nie sprzyja, pomyślała pesymistycznie optymistyczna Kathleen.

Nathalie zbiegła po schodach z prędkością światła. Przepchnęła się przez grupę Ślizgonów, którzy zasyczeli na jej widok. Szukała Kat i gdy w końcu ją znalazła, automatycznie powiedziała:

- Na brodę Merlina! Co ty masz na czole?

Kathleen zmierzyła przyjaciółkę ponurym wzrokiem.

- Nigdy nie ufaj jabłkom - powiedziała z nutką goryczy. - Te stworzenia są nieobliczalne - ściągnęła usta w cienką linię.

- Cóż, nigdy za nimi nie przepadałam - zaśmiała się Nat. - Brrr, dlaczego musimy mieć podwójne eliksiry? Cóż za potwór to wymyślił?! - krzyknęła, spoglądając na sufit, jakby ktoś wypisał na nim odpowiedź.

Katie zdusiła parsknięcie, gdy zza pleców Nathalie rozległ się zimny głos.

- Ten sam, który właśnie odejmuje pięć punktów Gryffindorowi za niewłaściwe zachowanie, panno Blanc. Jeśli uważa pani, że poziom owutemów przekracza pani możliwości, polecam dołączyć do kolegów z Gryffindoru, którzy postanowili zignorować wagę przedmiotu, jakim są Eliksiry - Severus Snape, Mistrz Eliksirów i Postrach Hogwartu, wbił swoje spojrzenie w młodą Gryfonkę. Minął ją bez słowa i otworzył drzwi klasy, obrzucając pogardliwym spojrzeniem przygnębionych Gryfonów.

Katie spojrzała na Nathalie.
- Cóż. Ma dobry humor. Zazwyczaj odejmuje dziesięć - powiedziała, uśmiechając się pocieszająco.

- Świetnie - burknęła pod nosem Nat. - Następnym razem ostrzeż mnie, proszę, gdy go zauważysz, okay? - powiedziała znużonym głosem. - Powinnam się przyzwyczaić. Facet zwyczajnie mnie nie lubi, nie trawi.

- Nie zauważyłam go! - odpowiedziała Kat, wchodząc do klasy. - Ale nie martw się, to nie tak, że ciebie nie lubi. On ogólnie nikogo nie lubi. Ślizgonów toleruje, bo musi, na tym się kończy - powiedziała cicho, gdy zajęły swoje miejsca.
W środku unosił się stęchły zapach lat warzenia eliksirów, podejrzanych ingrediencji, porażki, łez i wilgoci.
Snape wyglądał dziś bardziej złowrogo niż zwykle. Nathalie czuła, że szykuje się sporo pracy, więc spięła swe długie złotobrązowe włosy ołówkiem. Czuła się jak ofiara czekająca na kata.

Co tym razem wymyślił nasz kochany Mistrz Eliksirów, by uprzykrzyć nam życie?
Snape powiódł wzrokiem po klasie. Wyglądał, jak myśliwy, oceniający zdobycz. Nie jednego mogło przyprawić to o dreszcz. Jednak siódmoroczni już zdążyli zaakceptować ich nieszczęsny byt podczas eliksirów. Zostali tylko wytrwali, którzy postanowili zdawać testy z owego przedmiotu. Złączono wszystkie domy.
Więc Krukoni czekali z przygotowanymi pergaminami, Gryfoni spoglądali na profesora spod łba, Ślizgoni rzucali szydercze uśmieszki, a Puchoni modlili się o koniec zajęć.

- Jeśli dotarliście do tego poziomu, - zaczął Snape beznamiętnym głosem - to znak, że powinniście mieć coś w głowach. Więcej niż coś. Być może będzie z was w przyszłości pożytek - ponownie powiódł wzrokiem po klasie. - Choć raczej nie. Zaczynamy poziom owutemów. Pracujcie ciężko i używajcie mózgów, przynajmniej w tej klasie, a nic nikomu się nie stanie. Zawiedźcie, a opuścicie te zajęcia i prawdopodobnie stracicie jedną kończynę. Lub dwie - na jego ustach zaigrał szyderczy uśmiech.
- Instrukcje! - powiedział głośno, stukając różdżką w tablicę, na której pojawił się ciąg liter, nabazgrolonych kredą. - Dwie godziny, pod koniec zajęć sprawdzam wasze efekty. Nie ma przerwy.
Uczniowie znali zbyt dobrze profesora, by wydać cisnący się na usta jęk niezadowolenia. - Ale... - wszyscy zamarli. Nigdy nie było żadnego "ale". - W tym roku zrobimy to trochę inaczej. W tej klasie nie ma miejsca na brak kompetencji. Jeśli sami nie potraficie czegoś zrobić, nie macie czego tutaj szukać. Partnerzy są do wykonania swojej części, nie do naprawiania szkód wyrządzonych przez nieudolnych nieuków - warknął. - To ja tym razem dobieram was w pary. Wasz partner będzie wam towarzyszył przez resztę roku lub do momentu, do którego sobie zażyczę - zastukał palcem w biurko. - McCason z Blurtes. Mason i Denne. Henebury z Cormierem. Blanc i Whitton. Broom z Everette - zostały trzy osoby do przydzielenia.
Katie spojrzała na pozostałą dwójkę z rozpaczą. Denis Sanesburry albo Caspian Mystere. Być między Avadą a Kedavrą.
- Malice, dołącz do jednego z pozostałych - Snape machnął ręką. Kat była pewna, że dostała wybór, ponieważ każdy unieszczęśliwiał ją w ten sam sposób.
Spojrzała na Nathalie.

- Ten dzień powinien już się skończyć. Za każdym razem, gdy myślę, że gorzej być nie może, JEST GORZEJ - syknęła, gdy uczniowie zaczęli przenosić się do swoich partnerów. Katie miała wrażenie, że zacznie płakać.

*perspektywa Nathalie*

Nathalie cała zesztywniała, krew odpłynęła jej z twarzy, wiecznie zimne dłonie stały się jeszcze chłodniejsze. Myślała, że zaraz zemdleje.

Dlaczego nie mógł przydzielić mnie do Katie? CZEMU?!

- Blanc, czekasz na zaproszenie? Rusz się i usiądź koło Whittona. Dwóch Gryfonów ma umysł prawie całego ucznia, zobaczymy co z tego wyniknie - Snape powiedział z nieukrywaną niechęcią.
Nathalie wstała i powoli powlokła się w stronę ławki kolegi. Jakby tego było mało, potknęła się o własną nogę. Zaczęła machać rękami, by utrzymać równowagę. Uchroniła się przed upadkiem, lecz mocno uderzyła się w biodro o kant stołu. Snape wydał ciche prychnięcie. Chcę umrzeć. Definitywnie i nieodwołalnie. Nat zajęła miejsce obok swego nowego partnera.

- Nic ci nie jest? Mocno się uderzyłaś? - zapytał, a z jego tonu można było wywnioskować, że naprawdę się zmartwił.

- W porządku, często się potykam. Chyba nabrałam wprawy. - Dlaczego to powiedziałam? Pomyśli, że 
jestem niezdarą.

*perspektywa Kathleen*

Katie postanowiła, że gdy ten horror dobiegnie końca, pójdzie do swojego dormitorium, usiądzie na łóżku, zwinie się w kulkę i będzie wegetować. Życie i tak straciło sens.

Ślizgonka spojrzała na dwóch chłopaków.

Wybierz śmierć, albo śmierć, 
mruknęła ponuro.

Albo Denis, którego głupota powinna otrzymać nową skalę mierzenia, albo Caspian, który poza tym, że ma na imię Caspian, co już jest powodem do względnej niechęci, jest chodzącym uosobieniem arogancji, złośliwości i tragedii ludzkiej. Mówiąc krócej: jest dupkiem.
Katie zmarszczyła brwi.

Denis też jest dupkiem. Tyle że on na dodatek gubi drogę do moich oczu.

Katie westchnęła ciężko. Chwyciła swoją torbę i z miną cierpiętnika zajęła miejsce przy Caspianie Mystere, nie racząc go bodaj spojrzeniem.
Za sobą usłyszała pokrzywdzone "Eeej!" Denisa.
To była jedyna pociecha w ciągu tego dnia.

- Wiedziałem, że nie będziesz mogła się oprzeć - powiedział Mystere z uśmieszkiem wyższości.

- Jestem tu tylko dlatego, że szczerze nie znoszę tego Puchona. Ty przynajmniej rozumiesz, gdy cię obrażam - odpowiedziała, wpatrując się uparcie w przybrudzony blat ławki, ktoś chyba dawno nie miał szlabanu.

Tsk, co tak ostro, Malice, co tak ostro? - zaśmiał się szyderczo. - Jestem pewien, że będziemy się świetnie bawić - powiedział, obejmując ją ramieniem. - Po prostu postaraj się nie wysadzić nas w powietrze - uśmiechnął się krzywo.
Katie zacisnęła zęby. Nie możesz go zabić. Nie możesz. Azkaban nie sprzyja czarodziejom, pamiętaj. Zmarszczyła czoło w wyrazie rozpaczy.

- Twoja plamka na czole wygląda teraz na bardzo smutną plamkę - powiedział Mystere z zamyślonym wyrazem twarzy.

- Och... zajmij się sobą, Mystere i swoimi plamkami! - warknęła Katie. Zapadła cisza, podczas której obydwoje zaczęli czytać instrukcje Snape'a.

- Ja nie mam plamki - powiedział Caspian.

Kat zrobiła wszystko, by nie uderzyć głową w blat.

Zabierzcie mnie stąd.

*perspektywa Nathalie*

Na tablicy widniały składniki oraz przepis na Eliksir Postarzający. Zważając na nazwę, przeznaczenie i Snape'a, to nie mogła być łatwa do przyrządzenia mikstura.

- Świetnie - mruknęła Nathalie.

- Hm? - Daniel wydawał się być zamyślony. Ciekawe, o czym tak duma.

Wiesz, Eliksiry to raczej nie jest mój ulubiony przedmiot. Nie wiem, jakim cudem zdałam - Nat zastanowiła się chwilę - Nie, jednak wiem. Snape mnie przepuścił, bo nie chciał spędzić kolejnego roku w towarzystwie mej skromnej osoby.
Daniel zaśmiał się krótko.

- Powinniśmy wziąć się do roboty. Pokroisz te ingrediencje?

- Jasne.

Rozcinając, siekając i wykonując czynności tego typu, Nathalie spoglądała kątem oka na swego partnera. Wydawał się jej lekko speszony. A może on jest onieśmielony przez moje towarzystwo? Nat pokręciła głową. Nie, to niemożliwe. Pewnie żałuje, że Snape nie przydzielił go do jakiejś innej dziewczyny...

- I co o tym sądzisz? Nathalie? - jego ciepły baryton wyrwał ją z zamyślenia.

- Hę?

Daniel wyszczerzył zęby. Ten jego uśmiech!

Nie radzimy sobie za dobrze na eliksirach... - zaczął.

- Jesteśmy beznadziejni - przerwała mu Nat, uśmiechając się delikatnie.

- Tak, racja. Pomyślałem, że moglibyśmy się razem pouczyć. No wiesz, w bibliotece albo w pokoju wspólnym. Co ty na to?
Nat była w szoku. Myślała, że nie uda jej się wydusić ani słowa.

- Pewnie - wydukała cicho.
- Serio? - Chłopak wydawał się zdziwiony. Dziewczyna pokiwała głową. - To super. Znajdę cię później, to się umówimy.
Nathalie nie przypuszczała, że kiedykolwiek to przyzna, ale była wdzięczna Snape'owi. Bardzo wdzięczna.

*perspektywa Kathleen*

Katie i Caspian patrzeli na siebie w milczeniu, czekając, jak drapieżnicy, na pierwszy krok ofiary.
Kat, znając upartość chłopaka, uznała, że nie warto przypłacić swojej dumy T z eliksirów i odezwała się pierwsza.

- Eliksir Postarzający - powiedziała, marszcząc brwi.

- Eliksir Postarzający - potwierdził chłopak.

- Trzeba iść po składniki.

- Faktycznie.

- Może pójdź po nie?

- A może ty powinnaś to zrobić?

- Oddaję tobie ten zaszczyt, zagrzeję wodę - Kat powiedziała stanowczo.

- Ja zagrzeję wodę - powiedział wyzywająco, krzyżując ręce na piersi.

Katie z nieludzkim wysiłkiem opanowała wybuch. Ślizgon patrzył na nią z góry. Dlaczego natura poskąpiła mi centymetrów? I dlaczego obdarzyła go takim wzrostem?,warknęła w myślach.

- Jak chcesz - wymamrotała i poszła do szafki z ingrediencjami. Łapała na wyczucie potrzebne składniki, przeklinając w myślach aroganckiego Ślizgona.

Mógłby chociaż udawać, że nie jest podły. Głupia polityka Ślizgonów. "Gardzisz, więc wzgardzaj otwarcie".

Z westchnięciem wróciła do ławki i odłożyła przyniesione rzeczy. Woda w kociołku już bulgotała.

- Posiekaj korzeń waleriany, zrobię nalewkę z syropu ciemiernika czarnego - mruknęła, sięgając po mniejsze naczynie.

- Nie jesteś upoważniona do wydawania rozkazów - prychnął chłopak.
Kat westchnęła. To nie mogło być łatwe.
Caspian Mystere zawsze był nieznośny. Czystokrwisty, z dobrego domu, wyznawca "czystości" wśród czarodziei. Uważał się za lepszego i uwielbiał dawać o tym znać. Przytyki, złośliwość i docinki były jego drugą naturą, którą wykorzystywał bez skrępowania. Szczególnie, gdy udało mu się skonfrontować z Katie. 

Półkrwi przyjaciółką Gryfonki.
Kat wywróciła oczami.

- Po prostu uwarzmy ten eliksir, okej? Jeśli siekanie korzenia uwłacza twojej czci, to zajmij się czymś innym - westchnęła dziewczyna.
Tamten sięgnął po rogowatego ślimaka i zaczął wyciskać z niego sok.
I tak pracowali w ciszy.

Obydwoje, choć wszystko inne ich różniło, uwielbiali eliksiry, więc praca szła im sprawnie bez zbędnej komunikacji.
Gdy eliksir zaczął przybierać niebieskawy odcień, Katie sięgnęła po figi abisyńskie. Wybrała szeroki sztylet i zaczęła je siekać.

- Co ty robisz? - odezwał się Caspian.

- Siekam figi - odpowiedziała spokojnie Ślizgonka.

- W instrukcji nie ma fig.

- W naszej jest.

- Zniszczysz eliksir, odłóż te figi - warknął zirytowany.

- Wręcz przeciwnie, poprawię eliksir - odpowiedziała, nie przerywając spokojnego siekania.

- Nie można łączyć fig i trzminorka, czego cię uczyli przez ostatnie lata?

- Różnie bywało - zbyła go. Uznała, że nie pozwoli, by przeklęty chłopak wszedł jej w drogę.

- Przestań, mówiłem, że masz nas nie wysadzić, ty...

- Figi będą idealne.

- Figi do błąd.

- Nasze partnerstwo to błąd.

- Wreszcie się z czymś zgadzamy! - odpowiedział jadowicie i złapał rękę dziewczyny, w której trzymała sztylet. Kat sapnęła, próbując wyrwać nadgarstek.

- Puszczaj! - syknęła.

- Odłóż nóż - chłopak zmrużył oczy. Katie szarpnęła się ponownie i spróbowała pomóc sobie drugą ręką. Co nie było najlepszym pomysłem. Caspian nieoczekiwanie puścił jej nadgarstek, a nóż nieopatrznie ześlizgnął jej się z impetem na drugą rękę. Zobaczyła krew, zanim poczuła ostry ból.

- Uciąłeś mnie! - krzyknęła podwyższonym głosem, patrząc oszołomiona na czerwoną substancję.

- Co, ja? To ty nie umiesz trzymać noża!

- To twoja wina!

- Ugh, weź coś z tym zrób, to paskudne - warknął, patrząc na jej ranę. Katie uśmiechnęła się krzywo.

- Czyżby brzydził cię widok krwi?

- ZAWSZE brzydził mnie widok brudnej krwi - odparował jadowicie.

Katie natychmiastowo pobladła.

Jak... on..., 
z wściekłości nie mogła wykrztusić słowa.

*perspektywa Nathalie*

Praca z Danielem coraz bardziej podobała się Nathalie. Gryfonka nie była już tak skrępowana jak na początku. Bez trudu znaleźli wspólne tematy. W dodatku okazało się, że lubią te same przedmioty: Transmutację i Obronę przed Czarną Magią. Czas uciekał tak szybko, że gdy zabrzmiał dzwonek, partnerzy byli w niemałym szoku.

- To już? - zapytała z pełną niedowierzania miną.

- Chyba tak - uśmiechnął się chłopak - Pierwszy raz Eliksiry zleciały mi tak szybko. Hm, muszę lecieć, mam zajęcia na trzecim piętrze. Spotkamy się w pokoju wspólnym?

- Jasne.

- Dobrze.

- Okay.

Chłopak uśmiechnął się i wybiegł z klasy, machając jej na pożegnanie. Nathalie cicho westchnęła. Nie wierzę w swoje szczęście, nie wierzę. Z błogiego zamyślenia wyrwał ją głos Snape'a.

- Blanc, może byś się na coś przydała i zaprowadziła Malice do Skrzydła Szpitalnego? - nawet nie podniósł na nią wzroku. - Z niej, w przeciwieństwie do ciebie, będzie jakiś pożytek.
Nat doskoczyła do Katie w trzy sekundy.

- Co, do Trzminorka, się wydarzyło? Ty krwawisz! O mój Sfinksie, musimy szybko iść do Skrzydła Szpitalnego, bo się wykrwawisz! - krzyczała zdenerwowana Nat.

*złączenie perspektyw*

- Będę żyła - wycedziła przez zęby Kat, nadal wpatrując się w drzwi, przez które wyszedł bez słowa Mystere.
Gniew nadal w niej grał. Do tego stopnia, że prawie nie przejmowała się swoją ręką. Prawie.
Przycisnęła ją do szaty, by powstrzymać krwawienie. I tak jej ubrania były zaplamione. Westchnęła, drugą ręką łapiąc torbę.

- Chodźmy, okay? - mruknęła, zmierzając w stronę drzwi.

- Wnioskuję, że tym razem Eliksiry podobały się mnie - Nat powiedziała, chowając uśmiech, gdyż bała się wybuchu Kat, która przypominała tykającą bombę.
Katie wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić. Bezskutecznie.

- Nathalie? - powiedziała spokojnie. - Jesteśmy przyjaciółkami. Kiedy trafię do Azkabanu, będziesz mnie odwiedzać? - zapytała, mrużąc oczy.

- Właśnie, jesteśmy przyjaciółkami, więc pewnie ci pomogę... ukryć ciało, czy coś w tym stylu i skończymy w jednej celi - odpowiedziała Gryfonka ze śmiechem. Nawet rozcięta ręka Katie nie mogła zepsuć jej humoru. Jakoś ją zszyją, pomyślała.

Katie pokiwała głową, jakby rozważała na poważnie ten pomysł.

- To by stworzyło pewne problemy ze zdaniem owutemów - powiedziała, marszcząc brwi. - Ale warte rozpatrzenia - zacisnęła usta.
Miała wrażenie, że za chwilę z jej uszu zacznie wylatywać para. Czuła, że jej mózg jest przegrzany. - I jak twój eliksir? Jesteś z kimś, kto nie jest aroganckim dupkiem bez honoru i ambicji? - zapytała, nadal mając przed oczami kpiący uśmieszek Ślizgona.

Niech go Bazyliszek pożre, 
pomyślała z wściekłością.

Nathalie zaczerwieniła się automatycznie, była pewna, że nie ujdzie to uwadze Ślizgonki.

- Tak. To znaczy nie. Czekaj, co? - nie mogła zebrać myśli.

Katie przyjrzała się jej.

- Czyli jednak nie arogancki dupek bez honoru i ambicji - uśmiechnęła się mimowolnie. - Do twarzy ci w czerwonym - wyszczerzyła się, postanawiając zagłuszyć gniew i przechować jego zapas dla Caspiana Mystere.

- No jasne! Przecież jestem w Gryffindorze - zaśmiała się nieco bardziej odprężona - Moim partnerem jest Daniel Whitton. Nie, nie jest aroganckim dupkiem bez honoru i ambicji.

- Czyli już jest obiektem godnym uwagi - pokiwała głową Kathleen. - Mam nadzieję, że nie będzie mu przeszkadzało, gdy się dowie, że przyjaciółka jego partnerki jest mordercą. Nie chciałabym tym zepsuć waszej współpracy - powiedziała poważnie, zauważając drzwi do Skrzydła Szpitalnego.

- Oj tam zaraz mordercą. Ja tylko pomogę ukryć ciało, pamiętasz? - po chwili Nathalie dodała - A tak na poważnie, Snape cię zrobił w Gumochłona. Byłaś między Avada a Kedavrą. - Nat spojrzała na sufit w zadumaniu - Też bym chyba wybrała Caspiana. No wiesz, tylko nie Denis.

- To, co teraz powiem, może zabrzmieć jak szaleństwo i może być efektem ubytku krwi, ale poważnie rozważam przeniesienie się do Denisa. Może jeśli go zwiążę na czas zajęć, to nikt nie ucierpi, a ja w spokoju będę mogła pracować. Snape by nie zauważył. Denis i tak wygląda jak spetryfikowany Gumochłon - zmarszczyła brwi. - Ewentualnie dołożę Snape'a na moją listę "do zabicia". To też mogłoby rozwiązać sprawę.

- Co do Snape'a, chętnie pomogę - Nathalie wyobraziła sobie tę sytuację i na jej twarz wkradł się złośliwy uśmieszek - Zastanów się, Denis to porażka. Jest gorszy ode mnie. Dodatkowo, mogę się założyć, że znowu zgubi drogę do twych oczu - Nat zamrugała powiekami z głupawą miną.

- Dobrze, przekonałaś mnie. Podobno głupota jest zaraźliwa, a ja nie chcę ryzykować nabawieniem się jej od Denisa. Leczenie musi być bolesne - powiedziała Katie, krzywiąc się. - Choć przebywanie w pobliżu Mystere'a też jest bolesne. Między Avadą a Kedavrą, dosłownie - spojrzała na rozcięcie i pokiwała smętnie głową, gdy dotarły do Skrzydła Szpitalnego.
Pani Pomfrey powitała dziewczęta krzykiem:

- Na brodę Merlina! Kathleen Malice, co się stało? Pokaż no mi tę rękę. Nie jest źle, rana nie jest głęboka. Zaraz coś wymyślimy.
Katie uśmiechnęła się lekko.

- Też tak sądzę - Kat poczekała, aż Pani Pomfrey zniknie, w poszukiwaniu preparatów leczniczych. - Ona wymyśli jak naprawić mi rękę, a ja wymyślę, jak urządzić Caspianowi małe piekło na ziemi - powiedziała, unosząc brwi z zadowoleniem.

- Służę pomocą, przecież wiesz. Zawsze i wszędzie. Co zrobimy, jak twoja ręka stanie się zdatna do użytku?
Kathleen zamyśliła się.

- Potrzebuję czasu. I muszę zrobić wywiad. I przede wszystkim mam do spełnienia dwa cele: sprawić, że lekcje eliksirów nie będą cotygodniowym piekłem i sprawić, że Mystere będzie cierpiał. Co można upiec na jednym ogniu - wyszczerzyła się. - Bardzo destrukcyjnym ogniu.

- Och, zapomniałam. Umówiłam się z Danielem w pokoju wspólnym - Nat zastanawiała się nad czymś przez chwilę - Pożyczysz mi swoje notatki z eliksirów? Albo mózg, to by było lepsze - Kat spojrzała na nią pytająco - Chcemy się pouczyć, okay? Nic więcej, po prostu miło by było zdać. Tak sądzę.
Kat uniosła brwi.

- Pouczyć się? - uśmiechnęła się znacząco. - Więc mam nadzieję, że usłyszę trochę o... rezultatach tej nauki - wyszczerzyła się. - Notatki są twoje, ale mózgu potrzebuję. Jeszcze. Ktoś zasłużył na zemstę, a na mnie spadł przykry obowiązek wykonania jej - uśmiechnęła się diabelsko. Budził się w niej wewnętrzny Ślizgon.

- Uświadomiłam sobie, że nie wiem, czy Phillip przeżył dzisiejszy dzień. Powinnam go znaleźć, nie sądzisz? - zapytała - A no i dzięki ci za twą łaskawość i miłosierdzie. Gdzie masz te notatki?

- Znaj mą dobrą wolę, są w mojej torbie - zaśmiała się Kathleen. - I idę o zakład, że ten chłopak już zdążył zjednać sobie nauczycieli i zarobić szlaban. Ma do tego talent - uśmiechnęła się. W tym momencie weszła pani Pomfrey.

- No, pokaż tę swoją rękę. Odrobina dyptamu i nie będzie śladu po rozcięciu.

- Dziękuję bardzo - powiedziała Kat. - I... um... pani Pomfrey... czy ma pani może pomysł, jak.. hm. Czy wie pani, jak pozbyć się tej turkusowej plamy z mojego czoła? Bo przysięgam, nie sądzę, żeby kiedykolwiek powstała na to moda.

poniedziałek, 1 września 2014

Wracamy do Hogwartu

*1 września, dzień odjazdu Hogwart Expressu, z perspektywy Nathalie*

Nathalie nerwowo gmerała w misce z płatkami. Wredna kucharka dosypała jej rodzynków, mimo że wiedziała o jej niechęci do tych małych pomarszczonych paskudztw.

I tak nic bym nie przełknęła, 
pomyślała dziewczyna. Była za bardzo zdenerwowana. Co jeśli ostatni rok w Hogwarcie wcale nie będzie taki super?

To pytanie dręczyło ją całe wakacje. W dodatku czekała na list od Katie, swej przyjaciółki. Dziewczyna obiecała jej go wysłać ostatniego dnia wakacji, lecz pewnie zapomniała, znowu.

Panna Blanc, tak nazywała ją służba, wstała od stołu i udała się na strych, gdzie mieściła się jej sypialnia. Usiadła na łóżku i zaczęła rozmyślać. Nagle do pomieszczenia wpadł jej młodszy brat, Phillip.

- Cześć siostrzyczko, co robisz? Spakowałaś już wszystko, bo ja tak. I wiesz, co? Nie mogę się doczekać ceremonii przydziału! Pewnie będę Gryfonem, tak jak reszta naszej rodziny – chłopczyk wypowiedział te słowa z prędkością karabinu maszynowego.

Nat tylko pokiwała głową, nadal zamyślona.

- Widziałaś już moją różdżkę? Buk, dziewięć cali, włos z ogona jednorożca. Jest naprawdę ładna.

Dziewczyna przytuliła brata. Dobrze pamiętała dzień, w którym różdżka ją wybrała. Było pochmurno i padało. Na Pokątnej była sama, gdyż jej rodzice nie mieli czasu, jak zwykle. Cała mokra wbiegła do sklepu Ollivandera. Mężczyzna pokazywał jej różne rodzaje, lecz żaden nie był tym właściwym. Bała się, że będzie zmuszona wyjść ze sklepu z pustymi rękami. Aż w końcu, poczuła to. Różdżka ją wybrała. Dwanaście i pół cala, cyprys, rdzeń z pióra feniksa. Zaskakująco smagła.

Wspominając to, dziewczynę ogarnęło wzruszenie. To był jeden z najpiękniejszych dni w jej życiu. Gdy ocierała łzę, przypomniała sobie, że nie ma pojęcia, gdzie zostawiła swą różdżkę. Wstała i zaczęła krzątać się po komnacie. Phillip jej pomagał. Po półgodzinnym bezowocnym poszukiwaniu, Nat poddała się.

Najwyżej pojadę bez niej. Po co czarodziejowi różdżka? 
Pomyślała i automatycznie rozpłakała się. To była właściwie histeria. Chłopiec wystraszył się jej wybuchu i uciekł.

Zwabieni hałasem rodzice weszli do jej pokoju.

- Co się stało? – zapytał przerażony ojciec, spoglądając na porozrzucane ubrania, książki i wszystko inne.

- Zgubiłam różdżkę, jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję. Umrę zdziwaczała i samotna, otoczona tuzinem kotów, które też uciekną, bo będą się bały moich napadów. – Nathalie zawsze miała skłonności do samokrytyki.

- Zaraz ją znajdziemy – powiedziała mama uspokajającym tonem. – Accio! Widzisz? Mówiłam – rzekła, trzymając w ręku zgubę.

- Och, to było prostsze niż myślałam – odpowiedziała zdumiona i lekko zawstydzona Nat. Opuściła głowę, by ukryć swe upokorzenie. Przesadziłam z tymi kotami.

- Skoro już tu jesteśmy, to myślę, że powinniśmy porozmawiać. – ojciec usiadł na krześle i skinieniem głowy nakazał mi i mamie zrobić to samo. – Nathalie Marie Lucie Blanc, powinnaś zerwać znajomość z Kathleen Malice. Ona jest Ślizgonką, zadawanie się z nią nie przystoi Gryfonowi.

- Ojciec ma rację. To źle wpłynie na twoją przyszłość. Przemyśl to.

- Nie poddajecie się, co? Co roku ta sama rozmowa. Nie zrobię tego. Jestem dorosła i sama wybieram sobie przyjaciół – miała dość, była wyczerpana. – Moglibyście zostawić mnie na chwilkę? Chcę sprawdzić, czy wszystko zabrałam.

Rodzice spojrzeli na nią z wyrzutem. Ojciec odwrócił się w drzwiach, chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie. Drzwi trzasnęły. Wyszli.

Nagle przez okno wleciała płomykówka Katie. Nathalie wzięła od niej list i czule pogłaskała ją po główce.
Wiadomość od przyjaciółki poprawiła dziewczynie humor. Cieszyła się, że wakacje dobiegły końca. Przestała się martwić, nigdzie nie będzie gorzej niż w domu.

Hogwarcie, nadchodzimy!

*z perspektywy Kathleen *


- Na litość boską, zabijesz nas! - krzyknęła kolejny raz tego dnia Moniqe Malice.

- Wiem, co robię, kobieto. Milcz, bo spowodujesz wypadek.

- Wypadek będzie i bez tego!

Katie wywróciła oczami. Za każdym razem historia się powtarzała. Tata upierał się, że jest perfekcyjnym kierowcą, choć nie miał pojęcia, jak mugolskie auta działają, mama naiwnie zgadzała się, by prowadził, a następnie wszyscy modlili się, by dotrzeć na miejsce w jednym kawałku.

- Daj mi prowadzić. W ten sposób ograniczymy procent rannych - powiedziała stanowczo Moniqe.
- Świetnie sobie radzę - odburknął mężczyzna i w tym momencie samochodem ostro szarpnęło. Kat z impetem uderzyła głową w szybę.

- Tato. Powitam nowy rok z wielkim guzem na czole. Jesteś super czarodziejem, ale beznadziejnym kierowcą, możesz już zamienić się miejscami z mamą? - wtrąciła się nastolatka. Poziom jej zdenerwowania gwałtownie wzrastał. Spojrzała niecierpliwie na zegarek.

Spóźnię się. Jak nic się spóźnię. Pociąg odjedzie, a ja tylko mu pomacham na do widzenia, 
pomyślała pesymistycznie.

- Za dużo czasu spędzasz ze swoją matką - ojciec Katie odpowiedział ponuro. Moniqe pokręciła głową.

- Dziesięć miesięcy siedzi w szkole, Bóg wie gdzie, nie narzekam na nadmiar mojej córki w domu - wtrąciła kobieta z nutką żalu.

Kat westchnęła. Jeśli teraz zaczną dyskutować o mojej edukacji lub jej braku, to wysiądę. Wysiądę i na piechotę prędzej dotrę na King's Cross.

Samochód zahamował z gwałtownym piskiem opon. Jednak rodzina nawet nie zwróciła na to uwagi.

- Już, wysiadamy, wysiadamy, biegiem! - krzyknął ojciec Katie, biegnąc do bagażnika. Po wyrzuceniu kufra Kat i przy okazji jego zawartości, a potem gorączkowym pozbieraniu rozsypanych rzeczy i podejrzliwym pytaniem Moniqe "Katie, co to za proszek?" i zapewnieniu, że to tylko sproszkowany róg dwurożca, rodzina Malice ruszyła w pośpiechu na stację.

- Zaraz. Wszyscy stać, wstrzymać Hipogryfy! - Katie zatrzymała się gwałtownie. - Kto wziął Chose? - wszyscy spojrzeli na siebie. Wszyscy, poza nieobecną sową. Dziewczyna jęknęła.

- Nie zacznę siódmego roku bez mojej sowy!
Moniqe, jako przykładna matka, postanowiła zostać bohaterką i zadeklarowała, że pobiegnie po Chose.
Katie z tatą ruszyli na peron.

- To nawet miłe, myślałam, że nienawidzi tej sowy.

- A sądzisz, że dlaczego po nią poszła? Jeśli nie weźmiesz sowy, to ten ptak zostanie u nas.

Katie parsknęła, jednak temat sów musiał zejść na dalszy plan, gdyż dziewczyna spostrzegła w tłumie ludzi znajomą głowę. Bardzo drogą nastolatce głowę.

- Nathalie Marie Lucie Blanc, stój w tej chwili! - krzyknęła, automatycznie przyspieszając.

*złączenie perspektyw *


Nathalie nienawidziła tłumów. Czuła, że jej przestrzeń osobista zostaje naruszona. Jakiś gruby mężczyzna o tłustych włosach otarł się bezczelnie o jej prawe ramię. Dziewczyną wstrząsnął dreszcz obrzydzenia.

Chcę być w pociągu, Boże, jak ja chcę już być w pociągu.

Musiała jednak czekać na Kat, która jak zwykle się spóźniała. Kiedyś uważała, że to jej spóźnialstwo jest urocze, ale po sześciu latach zmieniła zdanie. Wtedy usłyszała, że ktoś ją woła. To była Katie.

Nareszcie.

Katie w ekspresowym tempie zmniejszyła dystans pomiędzy nią, a Nathalie.

- Spóźniłaś się - powiedziała Nathalie świetnie udając urażony ton.

- Jestem! Już jestem - wysapała zdyszana panna Malice. - Jestem, zdążyłam cała! - powiedziała, próbując złapać oddech. - No. Prawie cała - mruknęła, rozglądając się za swoim bagażem. Po chwili dostrzegła jej umęczonego ojca, dźwigającego wielki kufer. Kat machnęła ręką.

Da radę, w końcu to on jest mężczyzną w tym domu. Cóż. Chyba że mama się wkurzy.

- Wybacz, tym razem to nie moja wina. Wstałam nawet wcześniej! A wiesz, że to w moim przypadku nieludzkie! - odgarnęła rozwichrzone włosy. - Tata prowadził - pokiwała głową, jakby to wszystko miało tłumaczyć. - Dowód - dodała, wskazując zaczerwienienie na swoim czole.

- Dobra, dobra, wybaczam. Ale lepiej się pospiesz, bo spóźnienia na pociąg tak łatwo ci nie wybaczę - powiedziała ze śmiechem Nathalie. - Jejku! Czy ja o wszystkim muszę zapominać? Gdzie jest Phillip? Miałam się nim opiekować, to jego pierwszy rok.

Katie machnęła ręką.

- Da radę. Inni pierwszoroczni sobie radzą, on też musi. To rytuał. Ty sobie poradziłaś - wzruszyła ramionami. - Może trafi na miłego Ślizgona, który mu pomoże? - uniosła znacząco brwi, jednak od razu się roześmiała. - Kogo ja chcę oszukać, nie istnieją mili Ślizgoni. Zajmą nam najlepsze przedziały, jeśli się nie pośpieszymy! I niby możemy młodszych wykopać, ale to już nie to samo - zacisnęła usta w cienką linię.

Nathalie nerwowo rozglądała się za bratem. Phillipie, gdzie jesteś? I wtedy ujrzała chłopca, biegnącego ile sił w nogach, rozpychającego się łokciami.

- Aaaaaaa! Nat, ten mugol mnie goni! - krzyknął przerażony.

- Co on tym razem przeskrobał? - Nathalie zbladła. Złapała brata za rękę i pociągnęła w stronę peronu. - Szybciej, szybciej!

W Katie natychmiast obudził się instynkt Ślizgona, gdy zauważyła nadbiegającego policjanta.

- W nogi, przez barierkę! - krzyknęła, łapiąc za rękę Nathalie i jej brata. Niekoniecznie mieli powód do ucieczki. Ale tak było bezpieczniej. To nie był czas na użeranie się z mugolami. Katie wyminęła zręcznie kilku zdezorientowanych ludzi.

Chwila ciemności, zanik wszelkich dźwięków i znów gwar tłumu uderzył w ich uszy. Tym razem był to magiczny gwar. Czerwona lokomotywa błyszczała w wrześniowym słońcu.

- Moi drodzy, peron 9 i 3/4. Oraz Hogwart Express, który za chwilę nam ucieknie - oznajmiła uroczyście Kathleen.

- Katie, ratujesz nam życie po raz kolejny - powiedziała Nathalie z nieukrywaną wdzięcznością. Następnie zwróciła się do brata - Phillipie Oscarze Blanc, co ty sobie wyobrażasz? Co to miało być? - tak naprawdę, Nat nie była zła na chłopca. Była mu wdzięczna za rozrywkę, zastrzyk adrenaliny. Brakowało jej tego w wakacje. Nie mogła jednak wyjść z roli starszej siostry.

- No wiesz... Na swoje usprawiedliwienie powiem, że to był głupi nadęty mugol! - łzy napłynęły do oczu chłopca. Phillip czasem bał się siostry, tych jej napadów histerii.

- No już uspokój się. Ej, nie płacz. Chodź tu - Nat przytuliła brata - Nie jestem zła, to było całkiem zabawne. Brat spojrzał na nią i uśmiechnął się uroczo.

- Zapytałem, którędy na peron 9 i 3/4. Zaczął na mnie wrzeszczeć, więc rzuciłem w niego śmierdzącą bombą - wygląd Phillipa nie wskazywał, że byłby zdolny do takiego czynu. Spojrzenie jego niebieskich oczu było po prostu rozbrajające.

Katie roześmiała się.

- Zakład o Galeona, że Tiara bez chwili zawahania wrzuci go do Gryffindoru? - wyszczerzyła się. Jednak uśmiech natychmiast opuścił jej twarz, gdy spojrzała na wielki, podniszczony zegar.

- Nie chcę was straszyć, ale... a tak właściwie, to chcę. Dziesięć minut i pociąg rusza! Z nami lub bez nas! Ruchy, ruchy, ruchy! - krzyknęła, machając rękoma. Przy okazji uderzyła jakiegoś chłopaka. - Wybacz - wtrąciła, rozglądając się gorączkowo. - Gdzie mój bagaż? Gdzie moja sowa? DLACZEGO ROK W ROK TO SIĘ KOŃCZY TAK SAMO?

Pobiegli w stronę pociągu. Wsiedli prawie w ostatniej chwili.

- Zobaczymy się na uczcie, okay? - zapytała brata Nathalie.

- Dobrze - powiedział i poszedł.

Dziewczyny zajęły przedział, był pusty, co wydało podejrzane, ale nie zwróciły na to uwagi.

- Chcę spać - ziewnęła Blanc.

- Sen jest dla słabych - orzekła stanowczo Kat, wyglądając przez okno. - Gdzie on jest? Gdzie ten człowiek, uważający się za mojego ojca? Ma moje bagaże! - jęknęła Kat. - Nie mogę jechać bez nich!

Kat poczuła, jak mała panika wdziera się do jej serca.

- TATOOO! - wrzasnęła przez okno, gdy wreszcie dojrzała czuprynę swojego ojca. A bardziej sowę, którą niosła obok Moniqe.

Rodzice dziewczyny przyspieszyli, gdy lokomotywa wydała głośny dźwięk.

Katie nie miała pojęcia, jak to się udało, jednak mężczyzna wepchnął kufer przez okno prosto do przedziału. Zaraz potem powędrowała sowa.

- Zanieś to do luku bagażowego, tak? - wysapał zziajany mężczyzna.

- Mogłeś to lewitować, wiesz? - tamten tylko odetchnął jeszcze raz.

- Bierz, co dają, niewdzięczna córo.

- Bądź ostrożna. Uważaj na siebie. Wróć cała, bez dodatkowych koniczyn. Nie wdawaj się w bójki, ucz się dobrze i... - zaczęła matka dziewczyny. Z pociągu buchnęły kłęby pary.

- Mamo! Mówisz to za każdym razem, a obydwie wiemy, że i tak się nie posłucham - wyszczerzyła się dziewczyna. Kobieta tylko westchnęła, uśmiechając się. W tym momencie pociąg zaczął ruszać.

- Do zobaczenia!

- To przynajmniej wróć żywa!

Katie tylko pomachała przez chwilę i opadła na siedzenie.

- No. Jedziemy - wyszczerzyła się.

- Uwaga! Coś nowego: zgubiłam sowę. - powiedziała Nat zrezygnowanym tonem - mam nadzieję, że trafi do Hogwartu. Słabo u niej z orientacją w terenie - westchnęła.

Katie wyszczerzyła się.

- Nadal nie rozumiem, po co ci sowa z słabą orientacją w terenie - pokręciła głową.

- Ale zważ, że nie pierwszy raz ginie. I nie pierwszy raz się odnajdzie - pokiwała głową Ślizgonka. Pochyliła się do przodu z fanatycznym uśmiechem. - Nasz ostatni rok. Masz jakieś plany?

- Przeżyć - Nathalie uśmiechnęła się szeroko - A tak na poważnie, to przydałoby się więcej uczyć, ale obie wiemy, że to niemożliwe. Chciałabym, żeby ten rok był wyjątkowy. A ty opracowałaś jakiś plan?

- Plan jest taki, że ta szkoła ma nas zapamiętać. I to zapamiętać dobrze - odpowiedziała stanowczo. - Jak tego dokonamy, to już inna sprawa. Ale zaprawdę, powiadam ci, to będzie wyjątkowy rok! - uniosła palec w górę, jakby przemawiała do publiczności. - I przydałoby się zdać owutemy. Taki mały bonusik - wzruszyła ramionami.

Nathalie już miała odpowiedzieć, gdy nagle do przedziału wkradł się Denis - ich wróg. Chłopak był typowym Puchonem, z małym wyjątkiem, mianowicie chciał być wyniosłym, pewnym siebie wyrywaczem osobników płci przeciwnej. Cóż, słabo mu to wychodziło. W czwartej klasie próbował "uwieść" Nat. Na samą myśl dziewczyna miała dreszcze. Brrrr.
- Hej piękna, twe oczy są jak ocean. Błękitne i głębokie, aż się w nich topię.
- Moje oczy są brązowe, Denisie.

Po usłyszeniu tysięcy podobnych tekstów, Nathalie musiała powiedzieć mu w twarz, że nic z tego nie będzie. Nie rozpaczał długo, zaczął zalecać się do Katie, co ogromnie śmieszyło Nat.

Katie powstrzymała głębokie westchnięcie. Znów on. Znów Denis. Znów średnia IQ w pobliżu spadła.

- Ale pusto, czekałyście na mnie? - powiedział o oktawę zbyt wysokim głosem. I chyba próbował przybrać łobuzerski wyraz twarzy. Komizm efektów odbił się na twarzach dziewczyn.

- Ty jesteś pusty - pokiwała głową Katie. - Nie widzisz, że jesteśmy tu z przyjaciółmi?

Tamten rozejrzał się zdezorientowany.

- Jesteście tu tylko dwie.

Katie pokręciła głową z politowaniem i spojrzała na Nathalie, jakby chcąc przekazać "patrz, idiota".

- Mylisz się. Nie widzisz? Tu siedzi Anett. Tu Roger. A tam Eduardo, na którego za chwilę staniesz. Eduardo nie lubi, gdy się na niego staje - Katie wskazała puste miejsca, z pełną powagą. Denis pokręcił głową z wyrazem czystej głupoty na twarzy.

- Jaja sobie ze mnie robisz.

- Dokładnie. Na miękko. Widzisz, jesteśmy zajęte, możesz wyjść.

- No chyba ty - odpowiedział mało rozgarnięcie.

- A jednak ty - Katie odparowała, postanawiając zniżyć się do jego poziomu intelektualnego.

- Denisie, sprawdź, czy nie ma cię w innym przedziale, pociągu, kraju, świecie. Po prostu wyjdź - Nathalie starała się zachować jak najbardziej opanowany głos, mimo że dłonie drżały jej z nerwów.

- Nie ma, wiesz? - prychnął. - Przecież to jasne! A ja... - w tym momencie usiadł obok Katie – ja tylko potrzebuję mapy – pokiwał głową z zadowolonym uśmiechem.

- Znów nie wiesz, jak trafić do swojego Pokoju Wspólnego? - Kat westchnęła, odsuwając się nieznacznie. Policzki Denisa, skrywające warstwę tłuszczyku, przybrały czerwoną barwę.

- Nie, ja tylko... ten – zmarszczył brwi. - Zgubiłem drogę do twoich oczu – powiedział, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
Katie pokiwała głową z politowaniem. Nathalie tylko parsknęła, hamując napad śmiechu.

- Uwierz, nic nie tracisz, za to mogę ci wskazać drogę do drzwi – odpowiedziała Kat, marszcząc brwi.

- Ale... - na twarzy Denisa pojawiła się konsternacja. - Wiem! To miało być: zgubiłem się w twoich oczach! - zakrzyknął z dumą.

- Stamtąd nie ma drogi powrotnej, ale możesz nas nie narażać na swoje poszukiwania i wyjść – wtrąciła Nathalie, dogłębnie zirytowana obecnością chłopaka. Katie tylko pokiwała głową na znak potwierdzenia. Denis się zmieszał. Jak to możliwe, że on jeszcze nie załapał?, pomyślała Kat.

- Dobrze. Powiem to prościej: NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY, WYJDŹ W TEJ CHWILI, ALBO JA CIĘ WYPROWADZĘ – wybuchła Nathalie, sięgając automatycznie po różdżkę.

- I siedzisz na Rogerze – dodała Katie z parsknięciem.

- Aha, fajnie, wiecie co? Żal mi was! – powiedział tonem dziecka, któremu mama nie kupiła lizaka i wymaszerował.

Kat spojrzała z rozbawieniem na Nathalie.

- Puściły ci nerwy?

- Puściły mi nerwy – westchnęła. - Po prostu... są różne głupoty na świecie, ale takiego rodzaju jeszcze w życiu nie spotkałam. Powinni go trzymać jako okaz w zoo.

Katie zaśmiała się.

- Przestań, straszyłby dzieci – parsknęła. Zapadła cisza. Dziewczyny spojrzały na siebie i roześmiały się.

Reszta podróży minęła dość spokojnie. Nie licząc wybuchu przeterminowanych Piekielnych Diabełków, wpadnięciu trzeciorocznych z mugolskimi pistoletami na wodę i nieudanym zaklęciem któregoś z Gryfów, które sprawiło, że osobom w pobliżu wyrosły pory z uszu.

Zapowiadał się dobry rok.

*perspektywa Katie *


Kathleen pożegnała się z Nathalie tuż przed wejściem do Wielkiej Sali, obiecując, że postara się nie zaspać na jutrzejszą pierwszą lekcję.

Wzięła głęboki oddech. Przed wejściem do ogromnej komnaty zawsze miała wrażenie, że znów jest nieśmiałą pierwszoroczną.
Parsknęła.

Nie tym razem
, pomyślała i wkroczyła do środka. Zalał ją tłum krzyków, rozmów i śmiechu. Wokół ludzie przytulali się, witali i opowiadali o swoich wakacyjnych przygodach.

Katie usiadła przy stole Slytherinu.

Mój ostatni rok. Teraz jetem najstarsza
, uśmiechnęła się z zadowoleniem. W tym momencie ktoś boleśnie wbił łokieć w jej bok. Dziewczyna obdarzyła morderczym spojrzeniem sprawcę, który nawet nie zauważył swoje go czynu.

- Jesteś na mojej liście – mruknęła, bawiąc się błyszczącym widelcem.

W sali echem poniosło się klaskanie jednej osoby.

- Witajcie, uczniowie! - zabrzmiał głos dyrektora.

- Ciekawe, co w tym roku wymyśli stary, szalony Dumbledore – mruknął ktoś nieopodal. Kat wywróciła oczami. Albus Dumbledore może był szalony, ale gdyby chciał, mógłby zmieść wszystkich uczniów z powierzchni ziemi kiwnięciem palca. Potęgi się nie lekceważy.

- Dziś rozpoczynamy kolejny magiczny rok w Hogwarcie. Dla niektórych już ostatni. Dla niektórych pierwszy. Wierzę, że wasze głowy przez wakacyjną przerwę zdążyły pozbyć się zbędnego materiału i są gotowe na nową wiedzę i przeżycia. A żeby przeżyć nie było zbyt mało, kadra nauczycielska przygotowała dla was... niespodziankę – przez salę przeszedł cichy szmer. - W ciągu tego roku będziecie mogli podjąć się różnych wyzwań, przygotowanych przez waszych profesorów. Każde wykonane zadanie zapewni wam punkty i rozgłos. Niewykonane zadanie... może przyprawić was o niemiłe konsekwencje. Bądźcie ostrożni, bo nie wszystkie proste rzeczy są z natury niewinne – spojrzał na nich poważnie. - Ale liczy się zabawa, więc rozpoczynajmy ceremonię przydziału!

Katie zamrugała. Wyzwania? Wymyślili kolejny sposób na wykończenie nas?, pokręciła głową. Nagle poczuła, jak spływa na nią olśnienie. To jest to! Dzięki, stary, szalony Dumbledore! To właśnie tak szkoła nas zapamięta!, złapała spojrzenie Nathalie z przeciwległego stołu i wyszczerzyła się.

To będzie bardzo interesujący rok.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Dzień przed początkiem

- Jestem pewna, że czegoś zapomniałam, ale jeszcze nie wiem, czego - powiedziała Katie, wchodząc do pokoju i z rozmachem otwierając szafę.

- Mówisz to co roku. Pakujesz się od tygodni, nie sądzisz, że zdążyłaś już wepchnąć do kufra wszystko, czego potrzebujesz? I to, czego nie potrzebujesz też? - odpowiedziała z westchnieniem mama dziewczyny.

- Nie, nie. Nie rozumiesz. Teraz to nie jest "jak co roku", tak? - obruszyła się Katie, wsadzając głowę do jednej z szafek w nadziei, że dojrzy jakąś wskazówkę. - Ten rok będzie wyjątkowy - odsunęła się od mebla z grymasem na twarzy. Podparła boki rękoma. - Ten będzie jak żaden inny.

Mama dziewczyny tylko westchnęła.

- To też powtarzasz co roku.

- Mamo! - Katie wyrzuciła ręce w powietrze, kręcąc głową nad ignorancją swojej mamy. - To mój ostatni rok! Hogwart! Jeśli ma się coś zdarzyć, to właśnie teraz! - pokręciła głową. - Wiesz, naprawdę cię kocham, ale jesteś mugolem - westchnęła.

Starsza kobieta zmarszczyła brwi z irytacją.

- I przy okazji jestem też twoją matką. Uszanuj to - ścisnęła usta w cienką linię.

Katie uśmiechnęła się rozbrajająco.

- No. I właśnie dlatego cię kocham! - powiedziała, obejmując swoją rodzicielkę. Tamta wydała z siebie zirytowane prychnięcie, jednak nie zdołała powstrzymać uśmieszku, który wkradł się na jej usta.

- Postaraj się wrócić w jednym kawałku, dobrze? - poklepała córkę po ramieniu. Katie wywróciła oczami.

- To była tylko brew! Jedna zniknięta brew, która odrosła po tygodniu! Nie wypominaj mi tego - wymamrotała i zmarszczyła czoło. - Wiem! Miałam napisać list do Nathalie! - krzyknęła, ciesząc się, że wreszcie odkryła, co jeszcze miała do zrobienia.

- Zawsze możesz do niej zadzwonić, to ułatwiłoby sprawę.

Katie tylko pokręciła głową.

- Mamo, my nie używamy telefonów. Pamiętasz? Magia, technologia, to nie działa razem dobrze.

- Przed twoim pójściem do szkoły nie miałaś z tym kłopotu.

- Naprawdę? A pamiętasz, jak kiedyś komórka wybuchła mi w ręce? Do dziś mam problemy ze słuchem!

Matka nastolatki skrzywiła się na tę uwagę, wiedząc, że córka i tak wygra dyskusję.

- Idź i pisz ten list. Przynajmniej na chwilę uwolnimy się od wrzasków tej paskudnej sowy.

- Paskudna sowa ma na imię Chose i jest bardzo przyzwoitym ptakiem.

- Głośnym ptakiem.

- Idę pisać.

- Idź.

I tak skończyła się kolejna niby-kłótnia między kobietami rodziny Malice.

Katie postukała piórem w pergamin, zastanawiając się nad treścią. Nie lubiła pisać listów. Nigdy nie wiedziała jak zacząć i kiedy skończyć.

Nathalie!

Napisała pierwszy wyraz i natychmiast go skreśliła. Zbyt gwałtownie, pomyślała.

Droga Nathalie!

Katie pokręciła głową. Zbyt uprzejmie. Nie bywam uprzejma, gdy nie muszę!

Hej, Nathalie!

Zbyt pospolicie, kolejne skreślenie.

Yo, Natt!

Katie aż odsunęła się od biurka. A to w ogóle jak nie ja!, skreśliła agresywnie słowa i westchnęła.

- Nienawidzę pisać listów - mruknęła do siebie. Odetchnęła. - Dobrze. Kathleen Ann Malice, bierz się w garść i napisz ten paskudny list! - zakomenderowała. Katie miała niepokojącą manierę mówienia do siebie. Cóż, niepokojącą dla innych, dla niej było to całkiem w porządku.

Nathalie, moja Ty Gryfonko wśród całej rzeszy Gryfów najdroższa!
To już jutro. JUŻ JUTRO. Jutro jedziemy ostatni raz Hogwart Expressem w stronę Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Jutro ostatni raz biegniemy w pośpiechu na Peron 9 i 3/4, bo jak zwykle się spóźnimy.
Jutro, moja droga, rozpoczynamy nasz ostatni rok!
Jestem spakowana, zwarta i gotowa, by poruszyć tą szkołą.
Mam nadzieję, że Ty też, ponieważ, mam zamiar robić wszystko, na co przez sześć lat nie miałam odwagi. Wylądowałam w Slytherinie, ale Twój Gryfonizm mi się udzielił.
Nastaw się na przygodę i widzimy się jutro na Peronie (zważ, że jesteśmy siódmoroczne i wreszcie to nam przypadają najlepsze przedziały w pociągu!).
To będzie rok, jak żaden inny.

Różdżki w dłoń i do dzieła!

Kat(hleen)

Katie uśmiechnęła się szeroko, patrząc na swoją odlatującą sowę płomykówkę.

- Definitywnie rok jak żaden inny.