Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2014

Nieziemska zemsta

Powracamy znów z nowym rozdziałem! Zemsta wre, dziewczyny zaczynają działać, akcja się toczy, zapraszamy!

PS: drogi czytelniku, rozsmakowałyśmy się w komentarzach. Są pyszne. Naprawdę. Dokarmcie nas, prosimy? Dobre jedzenie, dobre rozdziały! *szantaż*

*noc, 5 września, złączenie perspektyw*

- To musi się udać. Puchon i Ślizgon będą cierpieć - powiedziała stanowczo Katie.
Dziewczyny siedziały w ukrytym pomieszczeniu w wieży astronomicznej. Nie było ono do końca ukryte, po prostu trudne do zauważenia i niewykorzystane. Prawie niewykorzystane. Dziewczęta spostrzegły w nim potencjał i zajęły, jako teren własny. - To będzie idealne! - pisnęła z podekscytowaniem Ślizgonka, mając przed oczami rezultaty misternej zemsty. Klasnęła w ręce. - Będziemy potrzebowały eliksiru miłosnego, sprytu i odrobiny szczęścia. I aparatu - wyszczerzyła się, kręcąc głową. To będzie piękne.

Nathalie nigdy nie przypuszczała, że będzie gotowa zrobić wszystko, aby tylko zaznać słodkiej zemsty.

Może przesadzamy?, sumienie dziewczyny próbowało o sobie przypomnieć. Nie, sami się o to prosili.

- Spryt już mamy, wciąż żyjemy, więc szczęście też jest, a aparat mogę załatwić - Nat niepewnie spojrzała na przyjaciółkę. - Czy jesteś pewna, że przyda ci się moja pomoc przy robieniu eliksiru? - Gryfonka wzruszyła ramionami. - Po prostu się o ciebie martwię. Zawsze uważałaś, że jesteś dobra, ale obawiam się, że gdy zobaczysz mnie w akcji, to się załamiesz. Na eliksirach jestem genialna.

Kat zaśmiała się.

- Moja droga przyjaciółko, byłyśmy partnerami na eliksirach odkąd Enervy na pierwszym roku wyprodukował gaz gryzący, naprawdę trudno będzie mnie zaskoczyć - wyszczerzyła się. I natychmiast zmarszczyła brwi. - Będziemy potrzebowały składników. Nie mamy składników - postukała się palcem w policzek. - I jutro rano eliksir musiałby być gotowy, żeby mógł odstać. Dla Caspiana w akompaniamencie Denisa jestem w stanie zarwać noc, ale nie wiem, czy mam odwagę narazić się Snape'owi i jego zapasom - Ślizgonka zacisnęła usta.

- Mam szlaban w środę. Może dałoby się coś wykombinować? Jestem na tyle zdesperowana, że jestem w stanie spróbować go przełożyć - Nat przełknęła głośno ślinę. - Pewnie tego pożałuję, ale cóż, takie życie.

Kathleen spojrzała na Nathalie, jakby dziewczyna właśnie ogłosiła, że jutro skacze do wnętrza wulkanu. Co prawdopodobnie byłoby mniej niebezpieczne.

- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? Podpisujesz na siebie wyrok, którego nie da się cofnąć. Denis zasłużył na ból, ale jesteś gotowa go TYM przypłacić? - Katie uniosła brwi.

Nat patrzyła w przestrzeń przez pewien czas. Westchnęła i spojrzała Kat prosto w oczy.

- Tak, jestem w stanie to zrobić. Niecodzienne sprawy wymagają niecodziennych środków - uśmiechnęła się krzywo. - Chyba nawet wiem, jak tego dokonam. McGonagall mnie lubi, nie zaprzeczaj. Wieczorami zwykle siedzi w klasie. Udam, że nie potrafię wykonać pewnej bardzo zawiłej transmutacji, którą oczywiście potrafię zrobić i poproszę ją, by wstawiła się za mną u Snape'a.

Katie zamyśliła się.

- Jeśli poprosisz ją o korki w środę, a jak wiemy, w środę Snape zafundował ci zajęcie, to może uda się nakłonić ją do współpracy - dziewczyna zmarszczyła brwi. - Ale wiesz na czym polega problem? - przekrzywiła głowę. - TY POTRAFISZ TRANSMUTACJĘ, PACHNIE BLEFEM JAK PERFUMAMI TRELAWNEY!
- NO WIEM, ALE JESTEM ZDESPEROWANA! - Nathalie zamilkła na moment i przybrała zdezorientowaną minę. - Czemu krzyczymy? Dobra, nieważne. Mój plan jest raczej kiepski, może ty masz jakiś pomysł, panno Malice? - zaczęła tupać nogą.

- Krzyczymy, ponieważ bez tego nasza przyszła biografia straci na atrakcyjność - Katie pokiwała głową i ponownie pogrążyła się w swoich myślach. Ruszcie się, trybiki, czas na wysiłek!
Postukała palcami w swoje udo.

- Pójdę do niego i powiem, że chcę sprawdzić, czy ten paskudnik Mystere dostarczył odpowiedni eliksir. Snape trzyma nasze prace na zapleczu, gdzie może w spokoju je okpiwać. Gdy tylko się zgodzi, a się zgodzi, zapytasz go o przełożenie szlabanu. Na to już zgody nie będzie, ale to da mi chwilę na uszczuplenie jego zapasów - Katie westchnęła, jeszcze raz analizując plan. - To samobójstwo - pokręciła głową, słysząc uszami wyobraźni marsz pogrzebowy.

- Myślałam, że mnie lubisz. Myślałam, że nie chcesz mojej śmierci! Myślałam... - Nathalie przerwała wyliczanie i przypomniała sobie spojrzenie Daniela. Trochę rozczarowane, trochę smutne. Potem pomyślała o wstrętnej, śmiejącej się podle twarzy Denisa.
Blanc miała dobrą wyobraźnię, bardzo dobrą. Może to dziwne, ale czuła, że jeśli czegoś nie zrobi, to wyląduje na ślubnym kobiercu z Puchonem. Brr. - Zrobię to.

- Zobaczyłaś mutację, zwaną też czasem twarzą, Denisa, prawda? - Katie wyszczerzyła się. Odetchnęła. - To szaleństwo, ale miałam dziś trawę na głowie, gorzej być nie może - Ślizgonka podniosła się, zdecydowanie poprawiając ubranie. - To jak, zmierzamy w kierunku zagłady? - powiedziała dziarsko, jednocześnie zastanawiając się, ile Snape będzie potrzebował czasu na pocięcie dwóch dziewczyn i uwarzenie z nich eliksiru.

- Cieszę się, że miałam okazję cię poznać - Nat objęła przyjaciółkę. - Chodźmy już, chcę to mieć za sobą. O ile mnie nie zabije. O Merlinie, ja chcę żyć!

Dziewczyny ruszyły w kierunku lochów. Katie przyspieszała co chwilę, poganiając Nat, lecz ta wcale nie miała ochoty na spotkanie ze Mistrzem Eliksirów, więc spowalniała marsz, jak tylko mogła.

Kathleen westchnęła.

- Nathalie Blanc, zmierzamy na śmierć, ale zginiemy chwalebnie, w kociołku jednego z najlepszych Mistrzów Eliksirów. Pomyśl, że to słuszna sprawa i do boju, póki nie stchórzymy. A jestem w Slytherinie, pamiętasz? Mamy do tego tendencję - Kat jeszcze bardziej przyspieszyła, czując, jak jej serce bije w oszalałym tempie. Tylko myśl o zemście przekonywała ją, by stawiać dalsze kroki. Żyła w Slytherinie, ze Snape'm była w całkiem przyzwoitych stosunkach, jednak zdawała sobie sprawę, że dotknięcie jego zapasów jest szaleństwem i drogą do wiecznego potępienia.

Nat wzruszyła ramionami, wzięła kilka głębokich wdechów i przyspieszyła.

- W sumie, to nawet podoba mi się ta adrenalina, fajnie by było wyjść z tego cało, ale nie nalegam - Gryfonka nogi miała jak z waty, ale nie dawała się sparaliżować.

- Fajnie by było nie skończyć jako składnik eliksiru - sapnęła Katie, praktycznie dobiegając do drzwi gabinetu nauczyciela eliksirów. Zawahała się. - No... jesteśmy - powiedziała niepewnie.

- Dwa głębokie wdechy i pukamy na trzy - oznajmiła Nathalie. Kat przytaknęła - Raz... - nie chcę tu być. - Dwa... - jesteśmy idiotkami.- Trzy... - definitywnie zginiemy. Kocham cię mamo!
Katie wypuściła gwałtownie powietrze, a z nim także i rękę.

- Nie, ja nie dam rady - sapnęła. Poczuła, jak odwaga ulatuje z niej z lekkością wodoru. - On nas wywali z zajęć. Nie możemy wypaść z zajęć! Muszę być na zajęciach, by skopać tyłek Caspianowi! - jęknęła Ślizgonka. - I żeby mieć pracę. To też jest powód - dodała prędko, kiwając głową. Ten chłopak staje się moją obsesją.

Ale było już za późno. W chwili, gdy Kat wypowiadała swe obiekcje, Gryfonka pukała do drzwi.

- Teraz mi to mówisz? - Nathalie spiorunowała Ślizgonkę wzrokiem.
Katie uśmiechnęła się przepraszająco.

- Spanikowałam - jęknęła cicho, gdy drzwi otworzyły się ze złowrogim piskiem, zapowiadającym przyszłą zagładę.

Choć pora była późna, Snape nadal był w swoim gabinecie.

Mistrz Eliksirów zmierzył dziewczyny ponurym spojrzeniem.

Katie wzięła głęboki wdech.

- Dobry wieczór, panie profesorze. Przepraszamy, że przeszkadzamy w... - Ślizgonka podrapała się po karku. Elokwencjo, potrzebuję cię! - no przepraszamy, że przeszkadzamy. Ale chciałam tylko sprawdzić... widzi pan, przez ostatni incydent na eliksirach ja i mój... partner nie dostarczyliśmy naszej pracy i Caspian miał ją donieść, jednak nie jestem pewna, czy wziął właściwą fiolkę i... czy mogłabym sprawdzić? - Katie zmarszczyła brwi. Czy nie jestem za bardzo uległa? Ale z drugiej strony - wszyscy są wobec niego ulegli.

Snape otaksował Ślizgonkę spojrzeniem.

- Wierzę, że pan Mystere to kompetentny uczeń, panno Malice i jest w stanie dostarczyć eliksir.

Katie pokiwała gorliwie głową.

- Nie wątpię w jego kompetencje. Jednakże... - Kathleen zamyśliła się. Tym go zakasuję. - Jednakże eliksiry to sztuka, wymagająca precyzji i dokładności. Chcę być precyzyjna i dokładna do samego końca - Bingo.

Twarz Snape'a pozostała emocjonalną maską, jak zawsze, jednak jego wzrok powędrował w stronę Nathalie.

- A Blanc jest poświadczeniem idei precyzji i dokładności?

Katie jęknęła w duchu. Przestań choć na chwilę być taką paskudą, rujnujesz nasz plan!

- Eee... Nathalie też ma pewną sprawę, ale w innej materii - Kat odpowiedziała prędko, chcąc jak najszybciej pominąć nieuprzejmości i ewentualne spory.

Snape zacisnął usta i odsunął się.
- Do środka - warknął.

*z perspektywy Nathalie *

Dziewczyny spojrzały na siebie i grzecznie wmaszerowały przez drzwi. Gabinet był ponury jak zwykle i dziwnie pachniał. Snape zasiadł za swym biurkiem i dłonią wskazał na zaplecze.

Kat zerknęła na Nathalie, a jej spojrzenie mówiło: "przetrzymaj go". Wszystko pięknie i fajnie, ale jak mam to niby zrobić?

- Blanc, może zechciałabyś mnie łaskawie oświecić i zdradzisz, co właściwie sobie myślałaś, zakłócając mój cenny spokój? - Snape patrzył na nią spod przymrużonych powiek.

- Cóż, więc... - nerwowo bawiła się swoimi palcami. Nie miała pojęcia od czego najbezpieczniej zacząć. - Jak pan profesor zapewne świetnie pamięta, mam odbyć u pana szlaban w dwie najbliższe środy...

- Testujesz moją pamięć, cierpliwość czy obydwa, Blanc? - Snape wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu.

- Już wyjaśniam - serce Nat biło jak oszalałe. - Bo... tak jakby... środa nie za bardzo mi pasuje - wypaliła. Snape podniósł głowę znad swoich papierów, które prawdopodobnie były pracami młodszego rocznika i zastygł w niemym oburzeniu.

- To znaczy, ja nie chcę odwołać szlabanu, ale raczej go przełożyć. Mam dodatkowe zajęcia, pracę domową, obiecałam pomóc bratu... - Gryfonka sama nie wiedziała co mówi. Była świadoma, że gada bez sensu, ale oczy Snape'a świdrowały ją, wwiercały się bezlitośnie.

- I dlatego uznała pani, że pani obowiązki przerastają problemy przeciętnego ucznia, więc należą się pani specjalne względy, tak? - Snape powiedział fałszywie uprzejmym tonem. - Cóż, nie wątpię w twoje nieprzeciętne problemy, Blanc, jednakże nie czuję się w obowiązku do pomocy w ich rozwiązaniu. Choć mogę ci coś poradzić - zaszydził, wbijając w dziewczynę zimne spojrzenie. - Zacznij respektować reguły i przykładać choćby minimalną wagę do nauki, a zapewniam, że szlabany w środę lub jakiekolwiek inne dni przestaną cię dręczyć.

Katie nie było widać na horyzoncie, co oznaczało, że nie znalazła jeszcze tego, czego potrzebowały.

W głowie Nathalie pojawił się pewien pomysł, którego prawdopodobnie będzie żałowała.

- Nie o to mi chodziło. Absolutnie nie. Jak wszyscy wiemy, nie jestem najlepsza na eliksirach - Snape prychnął, ale dziewczyna nie przestała mówić. - Po prostu jestem świadoma swoich braków i bardzo chciałabym się poprawić, gdyż eliksiry są jednym z najważniejszych przedmiotów. Czuję się zawstydzona poziomem jaki reprezentuję i obiecuję, że to się zmieni. - mina Snape'a nic nie zdradzała, jak zwykle. Nat brnęła dalej. - Pomyślałam, że może zgodziłby się pan przełożyć mój dwutygodniowy szlaban ze środy na inny dzień. Mniemam również, że jego przedłużenie wyjdzie mi na dobre i przyjmę je z pokorą. - Bum! Stało się, powiedziała to.

Snape wpatrywał się przez dłuższą chwilę w Nathalie. Ogarniająca ich cisza była dusząca.

- Choć niezmiernie mnie cieszy, że zauważasz swoją nieudolność - powiedział beznamiętnie, - to nie sądzę, że skazywanie mnie na twoje towarzystwo w ilości większej niż jest to potrzebne przyniesie jakiekolwiek pozytywne rezultaty. Książki, Blanc. I skupienie na kociołku, nie partnerze - wycedził. - Można by pomyśleć, że przebywanie w towarzystwie panny Malice wpłynie w jakiś sposób na twoje umiejętności, jednak jak widzę, nie wykorzystujesz okazji. Może czas zacząć? - Mistrz Eliksirów zamilkł. - I o Malice mówiąc, gdzie ona jest?

*z perspektywy Katie *

Katie, nie marnując czasu, natychmiast przekroczyła próg składziku Snape'a i mimochodem zatrzasnęła drzwi.

Dobrze, Kat, do roboty. Szybko.

Dziewczyna obrzuciła pomieszczenie badawczym spojrzeniem, rozeznając się w położeniu poszczególnych składników. Zmarszczyła brwi.

Powinnam być bardziej zniesmaczona widokiem takiej ilości szczurzych śledzion, pijawek, rybich oczu i śluzu. To niepokojące, pomyślała, podchodząc do jednej z półek i łapiąc zabarwiony na niebiesko słoik.

- Zaczynajmy - mruknęła i zaczęła biegać po pomieszczeniu, w popłochu podbierając składniki i modląc się, by niczego nie zapomnieć. I by nie zostać złapaną.

Nathalie, moje życie w twoich rękach, nie upuść go!

Kathleen dawała z siebie wszystko i zastanawiała się, jak to możliwe, że znajduje i pakuje składniki z taką prędkością.

- Jemioła, jaja popiełka... skąd on wziął jaja popiełka?, Momortek... - mruczała pod nosem i jednocześnie czuła, jak uderzenia jej serca odliczają kończący się czas.

Ostatnia ingrediencja! Krew salamandry!

Katie rozejrzała się. Gdybym była krwią salamandry, gdzie chciałabym stać..., i wiedziona przeczuciem, a także znajomością swojego pecha, spojrzała na najwyższą półkę.

No. I jest.

Westchnęła. Fiolka stała wysoko. Bardzo wysoko.

Katie przegryzła wargę.

Jestem na tyle głupia...?, machnęła ręką. Jasne, że jestem!

Przysunęła krzesło i weszła na nie. To nadal nie wystarczyło, więc wyprężała wszystkie swoje centymetry, których aż tak wiele nie było.
Postanawiając zaryzykować, Katie stanęła na oparciu krzesła.

I już prawie. Prawie, prawie.

Opuszkami palców musnęła fiolkę. A krzesło przewróciło się.

Katie z łoskotem upadła na podłogę. Poczuła w plecach ogień.

- Auuć... - jęknęła, czując napływające łzy do oczu. Złapała oddech i usiadła, ignorując tępy ból kręgosłupa. - Cholera, jak ja teraz... - w momencie, w którym poczuła wpijającą się różdżkę, na którą spadła, uświadomiła sobie, że jest jednym z najgłupszych Ślizgonów, jacy przekroczyli progi Hogwartu.

- Accio krew salamndry! - syknęła, celując różdżką w flakonik, który po chwili znalazł się w jej ręce.

Katie przelała szybko substancję do własnego naczynka i wcisnęła do torby.

- Dobra, wszystko - ni to sapnęła, ni szepnęła do siebie i wypadła z zaplecza, natychmiast uderzając w pierś Snape'a, który najwyraźniej miał zamiar wejść do składzika.

- Przepraszam - pisnęła Kat, odskakując w popłochu i robiąc wszystko, by nie spojrzeć na twarz profesora. - Sprawdziłam, wszystko w porządku z eliksirem, bardzo dziękuję za pomoc - wypaliła Kathleen, przysuwając się do drzwi. - To my już nie będziemy przeszkadzały... chodź, Nat... i pójdziemy, dobranoc! - i nie czekając na odpowiedź wypadła z gabinetu.

*złączenie perspektyw*

Nathalie ruszyła za przyjaciółką. Gryfonka była w szoku. Przeżyły! I to było najważniejsze, ale pozostawał jeszcze jeden mały szczegół, o którym nie mogła przestać myśleć. W jej umyśle wciąż brzmiało jedno zdanie: "I skupienie na kociołku, nie partnerze". Czy to oznacza, że on zauważył? Jeśli Snape się zorientował, to cała szkoła też. Chcę umrzeć.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Ślizgonki.

- Dziś nie śpimy, wiesz o tym, prawda? - Katie szła szybko, planując w głowie dalszy rozwój wydarzeń. - Ten eliksir to skomplikowana sprawa. Bardzo. Ale mamy jaja popiełka. Popiełka, rozumiesz? Snape nas poćwiartuje, jeśli się dowie, że je zabrałyśmy! - Kat pokręciła głową.

- Nie wiem, czym jest popiełek, ale jestem pewna, że nie jest zadowolony z faktu, że ktoś mu ukradł jaja - Nat zmusiła się do uśmiechu, choć myślami była gdzie indziej. - Jak rozumiem, zarywamy noc, tak? Ty robisz eliksir, a ja nie przeszkadzam - po chwili zastanowienia dodała, - a może ci pomogę? Podszkolisz mnie, co?

- Sądzę, że Snape będzie bardziej niezadowolony od samego popiełka. One są nieziemsko cenne. I idealne do eliksiru miłości - Kat spojrzała na Nathalie. - Chcesz się uczyć eliksirów? - Ślizgonka parsknęła. - To tylko takie wrażenie, czy Snape jednak cię natchnął?

- Skoro są takie cenne, to raczej ich nie używa codziennie, nie? Więc nie zorientuje się szybko - Nathalie wysoko zadarła głowę i uniosła palec wskazujący. - Oczywiście, że zamierzam podszkolić się z eliksirów. To bardzo ważny i cenny przedmiot, bez niego me życie nadal będzie bezsensowną kupką przypadkowych zdarzeń - spojrzała Kat w oczy. - Ucz mnie, o wspaniała!

Katie wyprostowała się, mimochodem zauważając, że nadal bolą ją plecy i spojrzała na przyjaciółkę.

- Nathalie, moja wierna towarzyszko, wiedz, że jestem gotowa powierzyć ci kompendium wiedzy misternej sztuki, jaką jest warzenie eliksirów. Od dziś wkraczasz na nową ścieżkę, usłaną szczurzymi śledzionami, żabim skrzekiem, krwią gadów, pijawkami i chrząszczami. Witamy - Kathleen oznajmiła uroczystym głosem, jednak natychmiast parsknęła. - A co do jaj popiełka... wyobrażasz sobie Snape'a, regularnie warzącego eliksiry miłości? Pochylony z fanatycznym uśmieszkiem nad różową parą, bijącą z kociołka - Kat zachichotała.

- Snape warzący eliksir miłosny? Musiałaś mi to zrobić, prawda? Przecież wiesz, że mam genialną wyobraźnię - Nat nie mogła powstrzymać śmiechu. - Ciekawe komu by go podał - zamyśliła się dziewczyna.

Przyjaciółki dotarły do swej kryjówki. Katie poczęła przestawiać stoły, wyciągać ingrediencje i wszystko inne. Nathalie patrzyła tylko, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić.

- To mogę ci pomóc, czy nie? - zapytała zniecierpliwiona. - Mogę coś pokroić, posiekać, obedrzeć ze skóry...

Katie zamyśliła się.

- Najbardziej byłabym zadowolona, gdybyś ze skóry obdarła Caspiana. Ale że aktualnie jest to niemożliwe i wolę cię bardziej na wolności niż w Azkabanie, to zrezygnuję. Porozkładam się z całym tym bajzlem i bierzemy się do roboty, tak? - Ślizgonka rozkładała wszystko dokładnie. Choć w życiu była niepoukładaną osobą, w eliksirach musiała mieć porządek.
W pewnym momencie zastygła i wybuchła śmiechem. - Nat... Nathalie. A wyobrażasz sobie taką... panią Snape'ową? - Kat zaniosła się histerycznym chichotem. Pora była zbyt późna, jej mózg potrzebował snu.

- Tak! Miałaby twarz Snape'a, ale ubierałaby się na różowo i... ich dzieci. Małe Snape'ciątka! Takie urocze człowieczki! - Gryfonka prawie przewróciła się ze śmiechu. - Fuj.

Katie roześmiała się głośno.

- Czekaj, czy cokolwiek, co wyjdzie od Snape'a może być urocze? - zachichotała i westchnęła. - O matko... czekaj. O co nam właściwie chodzi? - Ślizgonka skonsternowała się. - Eliksir! Czas. My. Zemsta. Noc. Eliksir - zakomenderowała i przygotowała kociołek. - Zrobimy tak. Ty mi zaufasz, ja będę mówiła, co masz robić, uwarzymy ten eliksir i postaramy się wrócić do dormitoriów nie zasypiając po drodze.

Po niedługim czasie Nathalie zorientowała się, że gapi się z otwartymi ustami na dziwne czynności, które wykonuje przyjaciółka. Marzyła o zanurzeniu się w oceanie poduch na swoim kochanym łóżeczku. Tylko ono mnie rozumie. Tylko ono mnie nigdy nie opuści. Jednocześnie dumała nad podłością świata. Caspian i Denis są dupkami, ale to one muszą zarywać noc. Jawna niesprawiedliwość.

- Miałam ci pomóc. Pamiętasz, czy zapomniałaś, tak samo jak zapomniałaś zadania na transmutację w trzeciej klasie? Miałam niezły ubaw. Ta twoja mina i mordercze spojrzenie McGonagall. Chyba się wzruszę, dobre czasy - Nathalie przeszła z etapu wykończenia na kolejny poziom. Poziom dziwnej, nielogicznej wesołkowatości. - Zagrajmy w zagadki, okay? - wychyliła głowę zza lewego ramienia Kat. - Uwaga! Kto chce ci pomóc? - nie czekała na odpowiedź. - JA! Co mam robić i czemu się nie odzywasz?

Katie wyszła ze stanu "warzę eliksir, eliksir warzy mnie" i powróciła do rzeczywistości.

- Czekaj, co? Coś zaszło? Mówiłaś coś o transmutacji? Merlinie, nienawidzę transmutacji, tak jak McGonagall mnie - wymamrotała, zastanawiając się, czy to już kolejna faza bezsenności. Ogarnięcie rzeczywistości wymagało coraz więcej wysiłku. - Ej! Możesz mi pomóc? Potrzebuję... - Katie gorączkowo zaczęła przerzucać kartki, które nie wiadomo skąd się wzięły i porozrzucane probówki. - Potrzebuję... potrzebuję...o! Imbir! Posikaj mi imbir, co? - Katie uśmiechnęła się szeroko, zastanawiając się, co ją tak właściwie bawi.

- Powinnam się obrazić. Produkuję się jak głupia, a ty nawet się nie wysilisz, żeby łaskawie usłyszeć me słowa - Nathalie założyła ręce na piersi w obrażonej pozie. - Dobra, przeszło mi. Imbir, tak? Będziesz dumna. Wiem, czym jest imbir - dziewczyna wyprostowała się, zadowolona ze swej wiedzy.

Katie skrzyżowała ramiona, kręcąc z rozbawieniem głową.

- Dobrze. Jestem z ciebie nieziemsko dumna. A jak posiekasz ten imbir, to już w ogóle pęknę z radości - Kat wyszczerzyła się i zwiększyła płomień pod kociołkiem. Eliksir dopiero był w fazie początkowej, ale już nabrał przyjemnej, kremowej barwy.

Nat spiorunowała ją wzrokiem.

- Nie doceniasz mnie.

Chwyciła nóż, imbir i zaczęła siekać. Siekała, siekała i siekała. Poszło jej zaskakująco dobrze, tylko raz się skaleczyła!

- Co teraz? - zapytała, podsadzając Kat swe dzieło pod nos. - Nieźle, nie?

- Cudownie, ale krew naprawdę była zbędna - Katie roześmiała się. Powoli zaczynała nabierać coraz większej werwy. Kolejna faza bezsenności. Nieposkromiona radość. - Dobrze, imbir! Czas na imbir, imbir do kociołka raz! - zawołała dziarsko i dodała do eliksiru kolejny składnik. - Boże, czuję się dziwnie. Upojenie bezsennością, tak stwierdzam. Zapytaj mnie o coś, a ja nie ręczę za moją odpowiedź - pokręciła głową. - Dobrze, dobrze. Czas zmobilizować mózg. Sok z jagód jemioły! Nadal pałasz chęcią warzenia? Możesz mi wycisnąć sok z jagód. Jagód jemioły! Chyba jest tu gdzieś belladona. I choć wizja jest kusząca, to chcemy chłopców rozkochać, nie zabić - Katie zmarszczyła brwi.

- Odrobina krwi jeszcze nikomu nie zaszkodziła... chyba - Gryfonka stwierdziła niepewnie i przystąpiła do zleconego jej zadania. Wyciskała sok z jagód jemioły, jak jeszcze nigdy w życiu! Właściwie nigdy wcześniej tego nie robiła. Pozbawianie roślin soku nie należało do jej hobby.

Po wielu innych czynnościach w końcu udało im się skończyć.

- Wyglądamy okropnie - powiedziała Nat, następnie przyjrzała się Ślizgonce. - Ale ty gorzej - wyszczerzyła się.

Katie zachichotała.

- Za dnia odpowiedziałabym ci bardzo złośliwe i bardzo niedostojnie, ale nie przespałam nocy i nawdychałam się pary z eliksiru miłosnego, więc nie mogę się gniewać - uśmiechnęła się rozanielona i usiadła ciężko na podłodze z westchnieniem. - Patrz, jakie piękne gwiazdy! - krzyknęła Katie, podrywając się. Chwyciła jedną ręką Nathalie za ramię, a drugą wskazała na zachmurzone, bezgwiezdne niebo. - Są cudowne, prawda? Jak romantycznie - przekrzywiła głowę ze zmęczeniem i ziewnęła. - I gdzież, ach gdzież jesteś, księciu na białym rumaku? - zamyśliła się. - Albo bez rumaka. Kuc nie jest wymagany. Gdzieś się podział, książę? A może nawet nie książę, byleby nie był Denisem - mamrotała bez składu. - Nigdy więcej nie warzę przeklętego eliksiru miłości - jęknęła.

- Dobrze, że dodałaś to o księciu, bo już chciałam powiedzieć, że wolę facetów - Nat zachichotała. Bycie nogą z eliksirów w tym przypadku się opłaciło, nie musiała wąchać oparów w tak dużej ilości jak towarzyszka. - Zapaliła mi się czerwona lampka w głowie w momencie, gdy zaczęłaś gadać o gwiazdach. Są ładne i w ogóle, ale chodźmy spać. Tak będzie lepiej, zaufaj mi. Nie martw się, jeśli jutro nie będziesz pamiętała swojej anielskiej wypowiedzi. Będę ci ją opowiadać do końca życia i jeszcze dłużej. No i wzbogacę ją o kilka jednorożców, harf i tak dalej.

- Jednorożce i harfy! - wykrzyknęła Kathleen. - To jest to! Tak będzie wyglądał mój romans życia. Jednorożce i harfy. I gwiazdy. Co ty na to? Piszesz się na to? Jednorożce i harfy! Normalnie romans jak z tego szmatławca "Grzeszny Czar"! - Katie roześmiała się radośnie. Nagle spoważniała. - Tylko nikomu nie mów, że to przeczytałam. Bo przeczytałam. Przykro mi, ale potrzebowałam w moim życiu jednorożców, harf i czarującego Leonarda - Katie parsknęła śmiechem. - Leonard. Gość nie może być materiałem na romans z takim imieniem - Katie przeczesała napuszone przez wilgoć włosy i spojrzała ze zdezorientowaniem na Nathalie. - O czym ja mówię? - zmarszczyła brwi. - Czyli nie chcesz ze mną romansu? Okej. To nic. Kocham cię, ale nie jesteś w moim typie - pokiwała stanowczo głową Katie. - Gustuję w krótkich włosach, brunetach. I mięśniach. Klata, te sprawy, wiesz? No i mężczyznach. To też istotne kryterium.

- Tak, bycie mężczyzną to zdecydowana zaleta - Nat rozejrzała się niepewnie. - Ty też nikomu nie mów, ale ja również to przeczytałam i nie wierzę, że to mówię. Chodźmy spać, strzelam, że została nam chwilka na małą drzemkę. Potwierdź, błagam.

Katie uśmiechnęła się szeroko.

- Moja droga Gryfonko, mamy calutką niedzielę przed sobą na spanie. Budzikom śmierć i niech się dzieje co chce - Katie oznajmiła radośnie, połową mózgu będąc już w swoim ciepłym łóżku.

- Mam rozumieć, że chcesz wywinąć coś jeszcze? Normalnie bym nie protestowała, ale jestem zmęczona - ziewnęła, by potwierdzić, to co właśnie powiedziała.

Katie zastanowiła się.

- Czuję się jakbym była pijana. Choć nigdy nie byłam pijana. Nie wiem, czy robienie czegokolwiek jest bezpieczne - zmarszczyła brwi. - Przefarbujmy panią Norris na różowo i chodźmy spać, jakiś bonus musi być! - zaśmiała się Kathleen.

- Powinnyśmy wymyślić coś ambitniejszego. Chociaż chciałabym zobaczyć minę Filcha. to by było piękne. Jestem zła, to nie powinno mnie śmieszyć, a jednak.

- Daj spokój, to jest śmieszne! - zaśmiała się Kat i zamyśliła się. - Nie wiem. Naszym szelmom przydałoby się coś zgotować, ale na to przeznaczyłyśmy eliksir. Chociaż! - zakrzyknęła, ożywiając się. - Możemy zrobić coś słabego, żeby myśleli, że na tym koniec zemsty, a tu nie! Tu my! Tak łatwo nie będzie! - Katie uśmiechnęła się złowrogo.

- Właśnie za to cię kocham! - wykrzyknęła Gryfonka - Masz jakiś pomysł? Błagam, powiedz, że masz - dziewczyna złapała Katie za ramiona i zaczęła nią potrząsać.

- Ja... - Katie zmarszczyła brwi. - A będziesz dalej mnie kochać, jak powiem, że nie? - Ślizgonka zacisnęła usta w cienką linię. - Jestem odurzona, nie umiem być wystarczająco złośliwa, nie wiem, zróbmy im makijaż permanentny przez sen, coś - wymamrotała, samej nie wiedząc, co mówi.

- Wybaczam ci. Znaj me miłosierdzie. - Nat zamyśliła się - To nie może być coś wielkiego, ale za małe też nie może być. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to krople na przeczyszczenie.

Katie zachichotała.
- Śmierdząca sprawa - zmarszczyła brwi i wybuchnęła śmiechem. - Boże, co ja mówię. Wsypmy im bulbadoksu do piżam, niech ich swędzi, będą wiedzieli, od kogo wyrazy miłości.

- Ale... jak zamierzasz dostać się do pokoju Puchonów?

- Czy Denis mało razy nas tam zapraszał, głosząc wszem i wobec, że każdy ma wolny wstęp? Chyba się nie obrażą. Zresztą zemsta Puchonów jakoś specjalnie mnie nie przeraża - Katie wzruszyła ramionami.

- Właściwie moje sumienie już śpi, więc chodźmy - Nathalie zatrzymała się na chwilę. - Ty prowadź.

Katie zastanowiła się przez chwilę.

- Ej, ale ja nigdy nie byłam u Puchonów - powiedziała, zagryzając wewnętrzną stronę policzka. - Wiem, że to jest gdzieś w lochach, po drodze nam, ale nie mam pojęcia gdzie dokładniej. Nie słyszałaś czegoś, coś, od kogoś?

- Dobra, to ja prowadzę. To gdzieś niedaleko kuchni. Tylko gdzie jest kuchnia? Mózgu, współpracuj, proszę - Nat zapukała w swoje czoło - Nikogo nie ma.

***

Dziewczyny ruszyły w stronę lochów, znowu. Droga nie była łatwa. Musiały poruszać się niczym ninja, bezszelestnie. Żadna z nich nie miała ochoty na spotkanie z Panią Norris. Nathalie powoli przypominała sobie, gdzie znajduje się cel ich przechadzki. Pokój Puchonów mieścił się za wnęką z beczkami.

- Wchodzimy? - Gryfonka nie była pewna.

- Nathalieeee - Katie szepnęła przeciągle. - Bo wiesz co... bo ten. My tak jakby nie mamy ze sobą bulbadoksu, wiesz? - Katie wyszeptała z żałością w głosie. Za bardzo chciało jej się spać, by być logiczną.

- Ups. Nie pomyślałam. Ale to nic. To nie nasza wina. To było bardzo nieoczywiste. No bo kto pamiętałby o bulbadoksie w takiej sytuacji? Przecież on nie był istotny, to tylko główny punkt naszej małej zemsty. Chcę mi się płakać i śmiać jednocześnie.

- Ty płacz, a ja się będę śmiała. Pogodzimy te dwie rzeczy - Katie pokiwała gorliwie głową. - Słuchaj - mówiła cicho, bojąc się złapania. - Zaraz świt, jeśli już nie teraz. Mam u mnie w pokoju trochę bulbadoku, tak sądzę. Nie pytaj skąd, okej? Tak się złożyło. Pójdziemy tam. Dam ci część i pójdę do Caspiana. Ty do Denisa. W ten sposób zdążymy przed czasem. I niech Merlin ma nas w swojej opiece.

- Dobrze, ale musisz mi powiedzieć, co mam z nim konkretnie zrobić. Jest późno, a ja mam nawet problem z wymówieniem nazwy - Nat rozejrzała się niespokojnie. - Chodźmy, bo coś tak czuję, że ktoś nas obserwuje.

Katie rozejrzała się niespokojnie.

- Biegniemy przed siebie jak głupie i liczymy, że przeżyjemy, co ty na to?

- Zawsze.

- Bądź ostrożna i podążaj za mną - powiedziała dziarsko Katie i bez wstępów puściła się biegiem w stronę dormitorium Slytherinu. Nie miała pojęcia, co im da ten bieg, ale było zbyt późno, by się nad tym zastanawiać.

Dziewczyny wymijały zakręty z zadziwiającą zręcznością. Katie prowadziła bardziej wyczuciem niż obserwacją, lochy były słabo oświetlone, a pochodnie rzucały upiorne cienie na ściany.

W końcu Katie i Nathalie dotarły na miejsce. Kat oparła się o ścianę, próbując złapać oddech. - Swoją drogą, po co był ten bieg? - sapnęła i podeszła do ściany, skrywającej przejście. - Poczekaj tu, ok? - powiedziała do Nathalie i wmaszerowała do środka, sprawdzając, czy żaden maruder nie postanowił spędzić nocy w pokoju wspólnym.

Na szczęście, pod względem spania, Ślizgoni byli przyzwoitymi ludźmi w swoich przyzwoitych łóżkach.

Katie zakradła się do swojego dormitorium, stąpając delikatnie w obawie, że każdy głośniejszy odgłos postawi do pionu połowę populacji Slytherinu.

Gdy dotarła do swojego kufra, poczuła, że zwycięstwo jest już blisko.
A kiedy udało jej się wygrzebać magiczny proszek, była całkowicie zadowolona.

- Super - szepnęła i wyszła szybko z dormitorium, mając nadzieję, że Nathalie nie została wciągnięta przez żadnego stwora i nadal stoi tam, gdzie Kat ją zostawiła.

Nadzieje nie okazały się próżne.

- Jestem! Udało się! - powiedziała z uśmiechem Ślizgonka. - Trzymaj - wcisnęła pojemnik przyjaciółce. - Zrób z tym cokolwiek. Posyp ubrania imbecyla, samego rzeczonego lub wybrany przedmiot. Choć z posypywaniem Denisa bym uważała. Jeśli się obudzi i zobaczy cię przy swoim łóżku, gotów będzie sądzić, że zakradłaś się do niego, przynosząc dozgonne wyrazy miłości - Katie zachichotała.

Nathalie zmarszczyła nos. Jej godność dzisiaj lekko ucierpiała, ale wiedziała, że nie upadła jeszcze tak nisko, by wyznawać Denisowi cokolwiek. Zwłaszcza miłość. Na sama myśl wstrząsnął nią dreszcz.

- Zapamiętam. Dobra, życz mi powodzenia - zmierzyła przyjaciółkę wzrokiem - Tobie się chyba bardziej przyda. Nie oszukujmy się. Denis nie dorasta Caspianowi do pięt pod żadnym względem.

Katie odetchnęła.

- Jeśli zawiedziesz, twoje życie będzie usłane Denisem. Jeśli ja zawiodę, to liczę na jakiś przyzwoity pogrzeb, kiedy już pozbieracie to, co ze mnie zostanie. Choć wychodzę w bilansie lepiej, wiesz, ty będziesz miała zniszczone calutkie, długie życie, moje po prostu się skończy - Kathleen wyszczerzyła się, choć wewnętrznie zadrżała na myśl o tym, co miała zamiar zrobić.

Wkraść się do dormitorium pełnego chłopców, Ślizgonów, podłych Ślizgonów i posypać Caspiana-w-cholerę-dobrego-w-pojedynkach-Mystere bulbadoksem i uciec żywą.
Żaden kłopot.

- Mówiłam ci kiedyś, że świetnie pocieszasz? - Nathalie zmarszczyła czoło. - Mój Merlinie, życie z Denisem! Za co? Dobra, już się ogarnęłam. Chodźmy.
I się rozdzieliły.

*z perspektywy Nathalie *

Nathalie ruszyła dziarsko naprzód. Szła posypać Denisa bulbadoksem, ale czuła się jak wojowniczka, która maszeruje pomścić wszystkie swoje krzywdy. Nie wiedziała jeszcze, co konkretnie zrobi, ale domyślała się, że musi to być spektakularne.

Miała ochotę sypnąć w denerwującą makówkę kolegi, ale zdawała sobie sprawę, że może się to zakończyć przymusem rozmowy oraz tłumaczenia się przed nim.

Dumając nad wadami i zaletami kolejnych pomysłów, nawet nie spostrzegła, że stoi przed drzwiami do pokoju wspólnego Puchonów. Odetchnęła głęboko i zacisnęła rękę wokół pojemniczka z magicznym proszkiem, który miał pomóc zaspokoić jej rządzę mordu.

Vendetta, tego mi trzeba.

Weszła do pomieszczenia, które było żółte. A to niespodzianka! Nathalie przesunęła wzrokiem po pokoju. Widziała żółte fotele, chłopaka siedzącego na jednym z nich, żółte kotary, kilka roślinek…

Na brodę Merlina! Kto to do siedmiu skrzatów jest!

Zanim zdążyła się opanować, z jej ust dobył się zduszony krzyk.

Cholera, wpadłam.

- Co? Gdzie? Jak? – wymamrotał zaspanym głosem chłopak. Nat wszędzie rozpoznałaby ten nudny dźwięk. Denis. – Nathalie, co ty tu robisz?... – odchrząknął ohydnie, a Gryfonka usłyszała jak flegma odrywa się od ścianek jego gardła. Wstrząsnął nią dreszcz. Dreszcz obrzydzenia konkretnie. – To znaczy… Wiedziałem, że przyjdziesz i na ciebie czekałem. Czułem, że nie dasz rady mi się oprzeć. Jesteś twarda i odważna, kręci mnie to – mówiąc, uśmiechał się krzywo i co rusz unosił oraz opuszczał brwi. Jakby się zaciął.

Nat miała tylko chwilę, aby wyjść z tej sytuacji cało.
Mózgu, błagam! I wtedy oczami wyobraźni znowu ujrzała perspektywę ślubu z Denisem. To oczyściło jej umysł i wykombinowała zdumiewający w swej przewrotności i genialności plan.

- Nie jestem Nathalie. Jestem jej widmem. To tylko sen. Przychodzę tu, by cię ostrzec – jej twarz przybrała kamienny wyraz, chociaż dziewczynie trudno było powstrzymać uśmiech.

- Ostrzec? Niby przed czym? – Puchon wyglądał na zdezorientowanego. – A tak w ogóle, to skoro jesteś zmorą…

- Widmem – przerwała mu.

- Dobra, skoro jesteś widmem, to czemu wyglądasz jak Nathalie, co?

- Nie wiem, to twój sen. Wydajesz się mądrzejszy – dziewczyna szła na żywioł. Gorzej i tak nie mogło być.

- No tak, to logiczne – udawał, że wie o co chodzi. – Więc, przed czym chciałaś mnie ostrzec?

- Przed życiem, mój drogi. Przed życiem – starała się, by jej głos brzmiał odlegle, nieosiągalnie.

- Powiesz coś więcej? – domagał się odpowiedzi, jak pies spaceru po całodniowym pobycie w domu.

- To zależy tylko od ciebie – Nat postanowiła się zbytnio nie produkować.

- Dobra, niech będzie. Chyba wiem, czemu wyglądasz, jak Nat – Gryfonka uniosła pytająco brwi. – Bo ją lubię.

- Dedukcja godna najznamienitszego Krukona.

- Dobra, nie chcę się w to dłużej bawić.

- Nie musisz – Gryfonka nagle przypomniała sobie o celu swego przybycia. Na stoliku obok fotela ujrzała zwinięty w kłębek cienki sweter. – Teraz pozwól, że posypię twój sweterek tym magicznym proszkiem.

Podeszła powoli i hojnie oprószyła jego ubranie.

- Dlaczego to zrobiłaś? Coś mi tu nie pasuje, ale jeszcze nie wiem co – dziewczyna prawie widziała przesuwające się, zardzewiałe trybiki w głowie chłopaka.

- Nie pytaj mnie, ja jestem tylko iluzją, która zmierza do wyjścia.

Denis wstał i chwiejnym krokiem ruszył wprost na nią.

- Coś mi nie pasuje – dotknął ją. – Ej! Okłamałaś mnie! Nie jesteś widmem z mojego snu! – zaczął się opętańczo wydzierać.

- Zamknij się, bo wszystkich obudzisz – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Ja wyjdę, ty pójdziesz spać, zrozumiano?

- Wiedziałem! Przyszłaś, bo nie mogłaś wytrzymać, co? – darł się coraz głośniej. – Dobrze, że spławiłem tego całego Daniela. Teraz jesteśmy tylko ty i ja.

- Drętwota! – nie wytrzymała. Stała jak wryta i gapiła się na pozbawione przytomności ciało chłopaka. – No, także tego, miło się rozmawiało, ale ja już pójdę.

Biegła ile sił w nogach. Wiedziała, że nie powinna tracić nad sobą kontroli. Mimo wszystko całe zdarzenie ją bawiło.

Ciężko dysząc, wdrapała się do wieży Gryffindoru, udała się do swego dormitorium i zapadła w głęboki sen.

*z perspektywy Kathleen *

Katie wzięła głęboki oddech i weszła do środka jamy wężów. Jeszcze nigdy nie wkraczała do pokoju wspólnego z takim strachem. Każdy cień wydawał jej się czekającym napastnikiem, a każdy odgłos zapowiedzią rychłej zagłady.

Dziewczyna niechętnie ruszyła w stronę dormitorium chłopców, czując, jak napina się każdy jej mięsień.

Nie wierzę, że to robię. Nie wierzę, że to robię. Zrobią mi coś bardzo przykrego, jak mnie odkryją. Salazarze, wiem, że jako Ślizgonka jestem do kitu, ale wspomóż mnie. Wiem, że nawet ty masz w sobie na tyle litości.

I z tą ni to modlitwą Kathleen trafiła pod drzwi najstarszego rocznika. Miała wrażenie, że zamiast tabliczki z rzymską siódemką widnieje napis "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie".

Westchnęła. Zapowiada się nieźle, wzięła głęboki oddech i ostrożnie otworzyła drzwi, które okazały się niezablokowane.

W środku panowała ciemność, a w nozdrza Kat uderzył zastanawiający zapach. Dziewczyna wkroczyła na terytorium nieznane, wyważając każdy krok. Niezbyt wiele mogła zobaczyć i była temu poniekąd wdzięczna. Merlin wie, co męskie dormitorium skrywa za swoimi drzwiami. I niech Merlin tę wiedzę zachowa dla siebie.

Kathleen uklękła, wyciągając różdżkę i szeptem powiedziała "Lumos". Szybko schowała źródło światła po bluzkę, pozwalając nikłym promieniom oświetlić posadzkę.

Ślizgonka, starając się nie zastanawiać nad tym, kiedy podłoga była sprzątana, zaczęła powoli posuwać się w kierunku łóżka, które wydawało się należeć do Caspiana. A następnie zrobiła wszystko, co w jej mocy, by nie wydać dźwięku obrzydzenia, gdy jej ręka natrafiła na jakąś lepką substancję. Nawet nie chcę wiedzieć, jęknęła w myślach.

Wreszcie osiągnęła swój cel. Podniosła się z kolan i ostrożnie podeszła bliżej, próbując dojrzeć twarz śpiącego przez szczelinę w zasłonie, zza której odezwało się głośne chrapanie.

Caspian chrapie?, zachichotała w myślach. On naprawdę tak chrapie?

Katie odważyła się uchylić zasłonę łóżka i zobaczyła, że to nie odgłosy Caspiana, ale jego pomagiera Vincenta Dummheita. Dziewczyna skrzywiła się i natychmiast odsunęła. Fu.

Idąc za głosem intuicji, odwróciła się i podeszła do kolejnego łóżka, robiąc wszystko, by nie wpaść na coś. Prawie jej się udało. Ucierpiało kolano i szafka nocna.

Kiedy wreszcie dziewczyna dotarła do łóżka kolejnego delikwenta, odsunęła ponownie zasłonę i ku swojej radości zobaczyła twarz Caspiana Mystere'a, pogrążonego w świecie snów. Jego klatka piersiowa unosiła się miarowo, a z twarzy znikł typowy, irytujący uśmieszek, zastąpiony przez błogi spokój. Katie uniosła kącik ust.

W takiej formie da się go polubić. Do momentu, w którym się obudzi, w każdym razie.

Dziewczyna przywołała się do porządku i ostrożnie przyświeciła różdżką, szukając pomysłu na wykorzystanie magicznego proszku.

I prawie zaśpiewała z radości, gdy zobaczyła, że porządny Caspian przygotował sobie ubrania na kolejny dzień.

Dlaczego on to robi? Nikt nie składa ubrań przed snem na następny dzień. Nikt!, Katie zacisnęła usta w cienką linię. Okej, ja tak nie robię.

Katie podeszła na palach do końca łóżka, gdzie spoczywały szaty chłopaka. Ślizgonka wyjęła bulbadoks z kieszeni, uważając by go nie rozsypać i delikatnie rozłożyła ubrania.

Tylko koszula, czy go nie oszczędzać?, przekrzywiła głowę. Jutro będzie miał prawdziwe piekło, niech ma jakąś ulgę, pomyślała ze wzruszeniem ramion i posypała wewnętrzną część białej koszuli chłopaka, uważając, żeby samej nie dotknąć paskudnej substancji. Poradź sobie z tym, Mystere, pomyślała złośliwie i ponownie spojrzała na rozłożonego na łóżku chłopaka. Przez myśl przeszedł jej pomysł, który był przykładem lekkomyślności dziewczyny. Dlaczego by nie?

Podeszła bliżej chłopaka i przysiadła na brzegu materaca, następnie nachyliła się nad Ślizgonem, przypominając sobie książkę o snach, którą kiedyś czytała. Postanowiła zastosować jedną z wymienionych w niej technik. Nachyliła się do ucha chłopaka.

- Co mi powiesz, Caspianie? - szepnęła cicho, zastanawiając się, czy ona naprawdę chce zginąć. - No dalej, powiedz, co wiesz - kontynuowała, zastanawiając się, czy to ma prawo zadziałać.

- Nc... tniea - wymamrotał nieskładnie przez sen chłopak. Katie zachichotała wewnętrznie. Działa!

- Vincent kradnie ci twoje pieguski, wiesz? - szepnęła znowu. Brwi chłopaka zmarszczyły się przez sen. - Ale to nic. Teraz śnij, śpij, Caspianie. O mnie. Tak. To koszmar. Kathleen. Pamiętaj. Malice. Koszmar. Zobacz, goni cię. Goni cię, goni cię, goni cię... - powtarzała monotonie, zastanawiając się, dlaczego do tej pory uważała "Kolorowe koszmary" za porażkę roku, kiedy książka wydawała się mówić mądre rzeczy.

Chłopak ponownie wykrzywił twarz, poruszając się niespokojnie.

Kathleen oprzytomniała, uświadamiając sobie, że tkwi z rozświetloną różdżką w dormitorium chłopców, którzy niechybnie zaraz się obudzą.

Wstała i szybko ruszyła do wyjścia, przy okazji wpadając na coś leżącego na ziemi. Potknęła się, z łoskotem upadając na podłogę. Cholera!, zerwała się i wybiegła z pokoju, nie patrząc za siebie i licząc na to, że chrapanie Vincenta wystarczająco znieczuliło resztę współlokatorów na hałas.

Z bijącym sercem wpadła do swojego dormitorium i uspokoiła się dopiero, gdy znalazła się na swoim łóżku i zaciągnęła zasłony.

Żyję, pomyślała, nie wierząc w swoje szczęście. Żyję, o mój Merlinie, Salazarze, cała reszto, czuwacie nade mną!


Dopiero kiedy Kathleen była już po części w krainie snów, przez jej głowę przeszła myśl, że Caspian używa szamponu o niezidentyfikowanym, ale nieziemskim zapachu. 

niedziela, 14 września 2014

To oznacza wojnę

*5 września, z perspektywy Nathalie *

Następnych kilka dni minęło w niewiarygodnie szybkim tempie (oprócz historii magii, ten przedmiot nigdy, przenigdy nie mijał szybko). Nat dzieliła swój czas między zajęcia, naukę, Katie, brata. Nie posiadała ani chwili wolnego, obawiała się, że będzie jeszcze gorzej. W piątek po lekcjach prezentowała się jak chodzący zombie.

- Wyglądasz jak po spotkaniu z Dementorem – pocieszająco zauważyła Lena.

- Skąd wiesz, że z nim nie walczyłam? Może tak naprawdę nic o mnie nie wiesz, hę? Może to iluzja?

– Nathalie ziewnęła głęboko – Jestem wykończona. Jak tak dalej pójdzie, to umrzemy przed Bożym Narodzeniem.

- Ha. Ha. Zabawne, jak zwykle – Lena popatrzyła na dziewczynę z politowaniem. Cóż, tylko Kat rozumiała poczucie humoru Nat. Albo śmiała się z grzeczności, co jest mało prawdopodobne. Slytherin. – Skończyłaś już ten referat na Zaklęcia?

- Masz rację, twój żart jest lepszy. Czy skończyłam referat na Zaklęcia? Naprawdę się uśmiałam.

Lena spojrzała na nią pytająco, ledwo poskramiając szeroki uśmiech.

- Nie patrz tak na mnie. Tak, tak, nawet nie zaczęłam. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie lubię bibliotekarki. Jest niemiła i w ogóle brr– Nat rzuciła obronnym tonem.

- Panno Blanc, czy pani naprawdę nie zamierza zdać owutemów? Chce pani być bezdomna? A może chce pani zejść na złą drogę? – powiedziała koleżanka, idealnie naśladując głos jednej z nauczycielek. – Jak pani uważa? Cela w Azkabanie czeka.

Nathalie nie wytrzymała i wybuchła gromkim śmiechem.

- Jedna niezrobiona praca domowa i już Azkaban? Chyba zacznę się uczyć - po chwili dodała, - a tak na poważnie, to może zechciałabyś mi pomóc albo napisać za mnie? Proszę – Gryfonka spojrzała na
koleżankę wzrokiem szczeniaczka – Proszę, proszę, proszę.

- Won! – Lena krzyknęła, wskazując na drzwi.

- Zawsze warto spróbować, nie? – Nat ruszyła w kierunku wyjścia. Stanęła w drzwiach, odwróciła się i dodała – Jak to mawia Katie: jesteś na mojej liście.



***

Nathalie lubiła się przekomarzać, ale tym razem wiedziała, że powinna zabrać się do pracy. Referat nie należał do najłatwiejszych, a miło by było dostać dobrą albo przynajmniej przyzwoitą ocenę. Po głośnym westchnięciu Nat ruszyła schodami w stronę biblioteki. Idąc, rozmyślała o nauce eliksirów z Danielem. Owe spotkanie zawierało mało nauki i mało eliksirów. Głównie rozmawiali i było naprawdę miło.

W zamyśleniu dziewczyna wpadła z impetem na jakiegoś przechodzącego ucznia.

- Jak śmiesz! – Vincent Dummheit, wierny pomagier i pospolity potakiwacz Caspiana Mystere'a, bardziej krzyknął niż zapytał.

- No widzisz, bywa – pierwotnie Nat zamierzała przeprosić, ale, cóż, wkurzył ją.

- Oduczę cię panoszenia się bezmyślnie po szkole – chłopak wyszeptał, prawie wysyczał przez zaciśnięte usta. – Furnunculus!

Tylko wrodzony refleks i lata spędzone w Hogwarcie pozwoliły Nathalie uniknąć zaklęcia i odbić je w przeciwnika. Vincent nie miał tyle szczęścia, zdolności tym bardziej i nie udało mu się umknąć. Już po chwili twarz chłopaka pokryła się białymi krostami i wielkimi bąblami, które prawdopodobnie bardzo piekły.

- No, no Dummheit, to czego chciałeś mnie oduczyć, co? – Nathalie patrzyła na niego z pogardą. Nieoczekiwanie Ślizgon zaczął płakać – Serio? Rozpłakałeś się jak małe dziecko? Nie wierzę.

Nagle za plecami dziewczyny rozległ się ten głos. Głos, który niejednego przyprawia o dreszcze. Głos, który powoduje koszmary u uczniów.

- Napastowanie niewinnych uczniów, czary w korytarzu, łamanie wszelkich zasad i puszenie się swoją niesłuszną chwałą, jakie to typowe dla Gryffindoru. Masz coś do dodania, Blanc?

- Ale profesorze, to on zaczął! Ja tylko odparłam atak! To niesprawiedliwe!

- Sprawiedliwość nie jest pierwszą potrzebą dzisiejszego świata, panno Blanc, im szybciej to pojmiesz, tym więcej szans, że zmądrzejesz. To nadal niewiele, ale powinniśmy dołożyć wszelkich starań, prawda? Na przykład podczas szlabanu. W środę po południu przez dwa tygodnie. A w ramach pouczenia, czuję się w obowiązku odjąć Gryffindorowi dwadzieścia punktów. Oczekuję także, że pan Dummheit otrzyma należyte przeprosiny - wbił w nią zimne spojrzenie. - Miłego dnia - powiedział głosem przesyconym ironią i odszedł, łopocząc czarnymi szatami.

Nathalie stała jak wmurowana. Jeśli wcześniej była wkurzona, to teraz jej zdenerwowanie osiągało apogeum.

- Ty wredna, mała kupko żałosności – powiedziała przez zaciśnięte zęby – Jeszcze tego pożałujesz, zobaczysz – i pobiegła w stronę biblioteki, świadoma, że i tak nie uda się jej skupić na nauce.

Nathalie wpadła do pomieszczenia jak poparzona z grymasem wściekłości na twarzy. Dałaby sobie rękę uciąć, że to dlatego wszyscy schodzili jej z drogi, a bibliotekarka nie pisnęła nawet słowa.

Dziewczyna wybrała na oślep kilka książek, które bardziej przypominały cegły niż podręczniki, usiadła przy stoliku w kącie, a swą ciężką torbę rzuciła na siedzenie obok. Nie miała teraz ochoty na towarzystwo. Miała dość. Jej ostatni rok nawet odrobinę nie przypominał tego, co sobie wyobrażała. Najwyraźniej jej marzenia zaliczały się do grupy fantazji, których nijak nie da się spełnić. Dobijało ją to jeszcze mocniej. 

Nat często popadała w melancholię i często też przesadzała, lecz z jej punktu widzenia życie traciło swój sens z dnia na dzień. Próbowała się skupić, ale jakoś jej nie wychodziło. Siedziała w ciszy przez godzinę, powoli uświadamiając sobie, że chęć nauki w piątek po lekcjach, to zły pomysł. Definitywnie zły. Nadal podminowana, wstała i ruszyła do wyjścia, ściskając w ręku kawałek pokreślonego pergaminu.

Wrócę do pokoju, zakopię się pod poduszkami i nigdy nie wyjdę. 

Cóż, ten piątek nie należał do najbardziej udanych dni Nat. Na nieszczęście, dziewczyna natknęła się na Denisa. O mój Hipogryfie! Tylko nie on. 

- Witaj, piękna – wydyszał Puchon, zmęczony wspinaczką po schodach. Chciał unieść jedną brew, by wyglądać bardziej tajemniczo, ale jak zwykle mu nie wyszło i wyglądał śmiesznie.

- Cześć.

- Może masz ochotę na małe rendez -vous? – powiedział z nieukrywaną pewnością siebie. 

Tak, jakby każda dziewczyna marzyła o randce z największą fajtłapą w szkole.

- Z kim? – Nathalie zapytała z uśmiechem nr 3 na twarzy. Wiedziała, że zbije go tym z tropu i nie myliła się.

- No, no ze mną – na czole chłopaka pojawiły się poziome zmarszczki. Pewnie szukał kolejnego tekstu na podryw. – Twoje oczy… ten… tego… no wiesz. To jak będzie? – próbował oprzeć się jedną ręką o ścianę i prawie się zabił, gdyż źle wymierzył odległość.

- To o oczach już słyszałam. Mogłeś się bardziej postarać – Nat spojrzała na niego z przyganą. – A teraz pozwól, że udam się do siebie – Gryfonka wymaszerowała, zostawiając za sobą zdezorientowanego chłopaka, którego twarz wyrażała jedno zdanie: „Co się właściwie stało?”
***

Nathalie liczyła na chwilę spokoju w pokoju wspólnym, co było błędem. Tam prawie nigdy nie było spokojnie.

- O! Nat, chodź, jemy fasolki wszystkich smaków! Greg trafił na śledziową, serio. Teraz poszedł wymiotować. Chodź! – jeden z Gryfonów powiedział podekscytowanym tonem.

Cóż, Nathalie nie mogła przepuścić tak pysznej zabawy, więc dołączyła do nich. Po kilku fasolkach: chili, brudne skarpety, masło orzechowe i rzadko spotykanej truskawce dziewczyna miała dosyć. 

Rozejrzała się po pomieszczeniu i ujrzała Phillipa, który siedział sam w kącie. Podeszła do niego i zapytała:

- Cześć braciszku, wszystko w porządku?

- Nie bardzo. Nikt mi nie powiedział, że będzie tak dużo nauki. Gdybym wiedział wcześniej, to nie cieszyłbym się tak bardzo z wyjazdu do szkoły – chłopczyk podparł dłońmi głowę.

Co ty wiesz o nauce, dzieciaku? Z roku na rok będzie coraz gorzej. Zamiast tego dziewczyna powiedziała:

- Wiesz, że jak będziesz miał jakieś problemy, to możesz przyjść do mnie? Wysilę resztki mojego mózgu i postaram się ci pomóc – rozejrzała się, tak jakby chciała sprawdzić , czy nikt nie patrzy – Zdradzę ci teraz sekret. Słuchaj uważnie. Nauka jest ważna, ale nie najważniejsza. Najistotniejsi są przyjaciele a szkoła to dobre miejsce, by zacząć ich szukać.

- Na razie mam tylko jednego przyjaciela – wyszeptał Phillip.

- Kogo? Mamę?

- Nie, głuptasie – spojrzał na nią z politowaniem – ciebie! Jesteś moją starszą siostrzyczką!

Nat czuła jak ciepło rozchodzi się po jej sercu. Nigdy nie przypuszczała, że tak bardzo liczy się w oczach brata. Nie czekając długo, przytuliła go mocno, prawie łamiąc mu żebra.

- Ugh, Nat? Wiesz, że ludzie patrzą? – wydyszał chłopczyk.

- Oczywiście, że wiem! Niech patrzą – puściła go. – Masz ochotę zagrać w szachy czarodziejów?

W mgnieniu oka zrobiło się późno. Phillip, nieprzyzwyczajony do szkolnego trybu i zarywania nocy, powoli przysypiał, więc Nathalie, jak na dobrą siostrę przystało, pogoniła go spać. Sama postanowiła jeszcze trochę posiedzieć, pomilczeć, popatrzyć się na sufit, cokolwiek. 

 Gryfonka rozmyślała o całym zajściu z Vincentem i Snape’m. Nie rozumiała jak można być takim tchórzem, co więcej, nie chciała zrozumieć. Z każdą chwilą pewna sprawa stawała się dla niej coraz jaśniejsza. Adrenalina. To było to, czego brakowało w jej życiu. Po kilku wybrykach w poprzednich latach Nat miała poważną rozmowę z rodzicami i obiecała, że postara się nie robić więcej głupot. 

Powiedziałam, że się POSTARAM, prawda? Dodatkowo, moja definicja „głupot” i definicja rodziców, to zupełnie co innego. To jak północ i południe. Jak dzień i noc. Nathalie próbowała usprawiedliwić samą siebie. Nie zaboli ich coś, czego nie widzą.

Nagle dziewczyna usłyszała dziwny dźwięk. Było późno, czuła się wyczerpana, jej mózg nie działał prawidłowo, więc rzuciła się do ataku. Z jej różdżki błysnął snop białych iskier. Po chwili dziewczyna uzmysłowiła sobie, że jest w Wieży Gryffindoru, w pokoju wspólnym. Jedynymi osobami, które miały tu wstęp byli inni Gryfoni. 

Ups. Słabo wyszło. 

Nathalie powoli przysuwała się do miejsca, w którym powinna leżeć ofiara jej roztargnienia. 
To był Daniel. 

- Na brodę Merlina! Przepraszam! – wydyszała, niezdarnie pomagając mu wstać.

- Zachowaj swe zaklęcia na wrogów, okay? Przybywam w celach pokojowych – odpowiedział, pocierając głowę, która, jak przypuszczała Blanc, musiała go nieźle boleć.

- Ej, następnym razem się nie skradaj, co? Wystraszyłeś mnie, a to był odruch bezwarunkowy – Nat przybrała obronną pozę. Nie mogła wytrzymać spojrzenia jego niebieskich oczu, więc odwróciła głowę.

- Wcale się nie skradałem! Po prostu zszedłem, bo zostawiłem tu swoją książkę, ale KTOŚ mnie ogłuszył – znacząco spojrzał w jej kierunku. Droczył się z nią.

- Raz już przeprosiłam, nie licz na więcej – Nat przecząco pokręciła głową – Powinieneś mi podziękować, że nie użyłam mocniejszego zaklęcia, bo mogłam, wiesz? Nie wolno podchodzić do kogoś ukradkiem. W nocy. Gdy ten ktoś jest zmęczony. I ma zły humor. I właśnie uprzytomnił sobie coś bardzo ważnego.

- Dziękuję, że mnie nie zabiłaś – powiedział, świetnie markując wdzięczność.

- Doceniam to i mam nadzieję, że jesteś świadomy, że mogłam to zrobić.

- Oczywiście, że mogłaś. Ja zaś mam nadzieję, że nie zrobiłaś tego, bo choć trochę mnie lubisz – powiedział to, patrząc jej głęboko w oczy. Nogi się pod nią ugięły, ale postanowiła zachować zimną krew i opanowanie.

- Jesteś moim partnerem na eliksirach. Bez ciebie nie zdam – Daniel uśmiechnął się delikatnie. – Właściwie, jeśli nie weźmiemy się w garść, to z twoją pomocą, czy bez niej, nie będzie dla mnie ratunku – po chwili dodała. – Już dostałam szlaban od Snape’a. Do jasnego sfinksa! A myślałam, że w tym roku mnie pokocha i zostanę jego pupilką – to co powiedziała, było tak absurdalne, że natychmiast wybuchli śmiechem.

- Zrobiłaś już ten referat na zaklęcia? – zapytał po chwili, by podtrzymać konwersację.

- Następny! Czy wyście powariowali z tą nauką? – krzyknęła, unosząc ręce do nieba w błagalnym geście – Nawet nie zaczęłam.

- Ja rozpocząłem, ale mam opory, żeby do niego wrócić. Może spróbujemy razem? Co dwie głowy, to nie jedna, nie? – uśmiechnął się tak czarująco, że Nat nie wyobrażała sobie, by odmówić.

- Dobrze, kiedy?

- Kiedy ci pasuje?

- Nie wiem. Może jutro? Ale nie rano. Naszła mnie dzika chęć, by polatać na miotle.

- Dobrze, to może po południu? – zapytał, przechylając głowę w prawą stronę.

- Dobrze.

- Dobrze.

I poszli do swoich komnat.

*6 września, z perspektywy Kathleen *

Kathleen nie mała pojęcia, kiedy reszta tygodnia minęła, ale jednak to się stało i nadeszła błogosławiona sobota. 

Minął zaledwie tydzień nauki, a weekend już wydawał się zbawieniem. Kiedy starsze roczniki mówiły "nie będziecie mieli życia na siódmym roku" ani trochę nie żartowały. Kat czuła, że jej życie powoli sprowadza się do "zwlecz się z łóżka, idź na lekcje, przeżyj, jedz, ucz się, idź spać". 

Ale ten weekend miał być inny.

Ślizgoni są powszechnie znani ze swojej pamiętliwości. Tej cechy nie poskąpiono i pannie Malice, która intensywnie rozmyślała o zemście na Caspianie Mystere.

W chwili obecnej Ślizgonka skrupulatnie wertowała strony podręczników, prychając co chwila z zirytowaniem. Dobra zemsta wymagała dobrego przygotowania. Kat od samego ranka okupowała swój ulubiony stolik w bibliotece, w poszukiwaniu natchnienia. Do tej pory udało jej się jedynie odrzucać pomysły.

Mózgu, pobudka, wakacje się skończyły, czas dręczyć paskudnych kolegów!,

Dziewczyna miała wrażenie, że każdy z jej konceptów był zbyt banalny. To nie mogło być tylko permanentne zmienienie koloru włosów chłopaka na turkusowy, czy dolanie mu Eliksiru Bujnego Owłosienia do soku. 

Tutaj potrzebna była finezja.

- Finezja... - mruknęła do siebie. - Z finezją, finezją... skopać mu tyłek, ale finezyjnie - mamrotała do siebie, ignorując podejrzliwe spojrzenia pary Puchonów, którzy przeszli obok niej.

Pokręciła głową i zatrzasnęła kolejne tomiszcze. Przetarła oczy i przeciągnęła się, ziewając głęboko. - Poświęciłam dla tego paskudnika mój sobotni sen, niech niebiosa mi to wynagrodzą - jęknęła, stukając paznokciem w blat stoliku. Mówienie do siebie było oznaką, że kreatywność dziewczyny zbliżała się do granic możliwości. 

Potrzebuję inspiracji.

Z tą myślą wstała od stolika, nie kłopocząc się odniesieniem książek. 

A mówiąc inaczej: potrzebuję śniadania. 

Jedzenie zawsze dawało jej nowy zapał do złośliwości.

***
Katie wymaszerowała z biblioteki i dziarskim krokiem ruszyła w kierunku Wielkiej Sali, układając w głowie plan swojego posiłku. Była na etapie rozkoszowania się wyimaginowanymi naleśnikami z czekoladą, gdy do jej uszu dotarł dźwięk, na który w ostatnich dniach była szczególnie wyczulona.
Głos Caspiana Mystere.
Katie przez ostatnie dni z pełną premedytacją ignorowała egzystencję chłopaka, jednocześnie snując w myślach zawiłe plany zemsty. 
Nie to, żeby Caspian specjalnie się przejął, zważając na nie-do-końca-ciepłe relacje, jakie dzielił z Kathleen. Wiódł dalej prym jako Ślizgon Ślizgonów, co wprawiało dziewczynę w jeszcze większą złość i napełniało ją jeszcze większym zapałem do pracy.
Kat uniosła wysoko głowę i przemaszerowała obok Mystere'a, lekceważąc wybuch śmiechu, który dotarł do jej uszu, gdy tylko minęła świtę chłopaka.
Prychnęła. Im szybciej wymyślę zemstę, tym szybciej moja dusza zazna spokoju.
Z tą myślą wkroczyła do Wielkiej Sali.
Większość uczniów już zdążyła nacieszyć się śniadaniem, więc przy stołach zostali sami maruderzy. A na stołach same resztki. 
I tyle, jeśli chodzi o moje naleśniki z czekoladą, Katie pomyślała ponuro, patrząc na ostatnie tosty.
Przy stole Slytherinu nie było zbyt wielu osób, a w każdym razie nie było wiele tych, z którymi Kat chciałaby wchodzić w jakiekolwiek interakcje. Jej wzrok powędrował ku innym domom. 
Hufflepuff, jeśli usiądę przy Puchonach, magicznym sposobem pojawi się Denis. Zawsze się pojawia. Nikt nie wie jak. Chyba wyczuwa mnie tymi swoimi wielkimi nozdrzami. Nozdrza jak radary.
Kat poniekąd była dumna, że wie, czym jest "radar". Mugoloznawstwo, ostatecznie, nie było takim złym wyjściem. Pomyłką, ale nie taką złą. 
Gryffindor, Nat nie ma na horyzoncie, więc stół Gryfów jak na ten moment jest terytorium zakazanym. 
Ravenclaw. Z tyłu jej głowy zadźwięczał dzwoneczek. To jest to! Krukoni. Mam dziś humor na Krukonów, pomyślała radośnie, podchodząc do wybranego stołu. Ku jej zadowoleniu, jedno z miejsc zajmował Nicolas Kennsey, kolega z jej rocznika. 
- Witaj, cny młodzieńcze, w ten jakże olśniewający poranek, muszę przyznać, że kontent jestem z twojej kompanii - zakrzyknęła wesoło. Podobała jej się świadomość, że Krukoni potrafili doceniać żarty językowe. 
Choć najwyraźniej Nicolas Kennsey nie był tego dnia w nastroju na docenianie, bo tylko spojrzał na Kathleen nieprzytomnie. 
- Nie wiem, o czym mówisz, ale cześć - powiedział zaspanym głosem. A żeby umocnić efekt, ziewnął szeroko. Kat zacisnęła usta w cienką linię.
- Specjalnie dla ciebie wysilam mój mózg, mógłbyś okazać odrobinę wdzięczności - powiedziała, marszcząc brwi.
- To miłe, ale mogłabyś wysilać go trochę później? Jest za wcześnie na myślenie - odpowiedział z półprzymkniętymi powiekami. 
Katie parsknęła śmiechem. 
- Jesteś świadom, że dochodzi jedenasta, a Rowena Ravenclaw w grobie się przewraca na twoje słowa?
Nicolas pokręcił głową bez entuzjazmu. 
- Spać - jęknął w odpowiedzi. Kathleen przekrzywiła głowę.
- To dopiero pierwszy tydzień szkoły. Sobota. 
Krukon uśmiechnął się słabo.
- Ale to była taka dobra książka... wiesz. To miał być tylko jeden rozdział - ziewnął, - ale to taka dobra książka - położył głowę na stole i schował ją w ramionach. 
Kathleen zachichotała. 
- Do której czytałeś?
- To mogła być szósta. Albo siódma. Ewentualnie ósma - wymamrotał, nie unosząc wzroku. 
Kat tylko skrzyżowała ręce. 
- Która była tego warta? - uniosła brew.
- "Odnaleźć Patronusa" - mruknął, uśmiechając się sennie. 
- Czy to nie jest o gościu, który...
- Tak, jest - przerwał jej, jednocześnie zamykając oczy. Najwyraźniej to nie był dobry poranek na rozmowę z nim. Kathleen tylko westchnęła i chwyciła tosta. 
Więc jesteśmy tylko ty i ja, mruknęła w myślach do kawałka spieczonego chleba. 

*z perspektywy Nathalie*

Pierwszy raz od bardzo dawna Nathalie przespała spokojnie całą noc. I ranek. Łóżko przyciągało ją magiczną siłą, jakiej nie był w stanie zrozumieć nawet najlepszy czarodziej. Serce podpowiadało jej: „śpij dalej, nie przejmuj się niczym”. Tak bardzo chciała posłuchać serca, ale rozum wziął górę i w końcu zwlekła się z jedynego miejsca, w którym pragnęła teraz być. 
Mogła się założyć, że nie wyglądała zbytnio reprezentacyjnie. Nie myliła się. Jej kręcone włosy przypominały bardziej ptasie gniazdo. Westchnęła głęboko i udała się do łazienki. Sięgnęła po grzebień i próbowała rozczesać tę szopę. To nie było łatwe. 
Przysięgam, że jeśli nie weźmiecie się w garść, to was zetnę. 
Groźba nie wywarła wrażenia na kołtunach. W pewnym momencie Nat pomyślała, że udało się jej pozbyć problemu, gdy nagle usłyszała głuchy trzask. 
Kiedyś miałam grzebień, pomyślała dziewczyna. 
Gryfonka spojrzała w lustro i zaczęła się głośno śmiać. Wyglądała po prostu komicznie. Z na wpół rozczesanymi włosami wróciła do pokoju, wciąż się uśmiechając.
Nic nie mogło jej zepsuć tego dnia. Boże, chroń sobotę! Jak nigdy tryskała dziś optymizmem. Chciała się nim podzielić ze wszystkimi, nawet ze Ślizgonami. 
Poczęła przetrząsać swój kufer, by znaleźć coś do ubrania i coś co pozwoli jej ujarzmić niesforną fryzurę. Z garderobą nie było kłopotu, gorzej z tym drugim. Po bezowocnych poszukiwaniach postanowiła pokazać się ludziom z uczesaniem o nazwie „właśnie się obudziłam”, co nie mijało się z prawdą. 
Schodząc po schodach, Nathalie poczuła, że zaczyna jej burczeć w brzuchu. 
Jeść. Bez jedzenia długo nie pociągnę. 
Dziewczyna wyszła na korytarz i udała się w kierunku Wielkiej Sali. Naprawdę dawno nie czuła się tak dobrze, nawet perspektywa szlabanu u Snape’a jej nie przeszkadzała. Wydawać by się mogło, że nic nie może jej popsuć nastroju. I wtedy na horyzoncie pojawił się Denis.
- Cześć, piękna koleżanko! Gratuluję, masz właśnie okazję, by stać się dla mnie kimś więcej niż tylko koleżanką. Wiem, że nie odmówisz, spójrz tylko na to – mówiąc to, napiął mięśnie, a raczej ich brak. – No i jak? 
Czy ty kiedykolwiek dasz sobie spokój, co? – Nat próbowała się opanować, była cierpliwa, ale jej wytrzymałość była na wyczerpaniu.
- Nigdy nie rezygnuję z miłości. A to jest prawdziwa miłość - po chwili dodał. - Nowa fryzura? Podoba mi się, dodaje ci charakteru – uniósł brwi.
- Ostatnio pałałeś „prawdziwą miłością” do Katie, prawda? – właściwie, to rozmowa z Denisem wydawała się Nat niezwykle zabawna. Tak łatwo dawał się wkręcać, no i nie rozumiał połowy z tego, co do niego mówiła. 
Nie popsujesz mi humoru, włosom się nie udało, więc tobie tym bardziej.
- Tak, ale bardzo mnie zraniła. Wybrała Caspiana, a nie mnie – chłopak smutno zwiesił głowę. – Może masz ochotę mnie pocieszyć? – spojrzał na nią z nadzieją. Widząc jej wrogie spojrzenie, postanowił dodać: – Pamiętaj, że każda dziewczyna w tej szkole chciałaby być na twoim miejscu.
- Nie będę z tobą polemizować. Żyjemy na różnych poziomach intelektualnych, oddalonych od siebie o miliony kilometrów. Dedukując, doszłam do konkluzji, że twoje hipokryzje są efemeryczne, a twa aparycja wcale nie jest tak nadzwyczajna, jak ją malujesz. Zrozum, dalsza konwersacja jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu – chyba mózg się jej przegrzał, nigdy nie użyła tylu mądrych słów w jednej wypowiedzi. 
Tak, bywało, że spędzała sporo czasu z Krukonami. 
Mina Denisa wynagradzała jej wysiłek związany z używaniem umysłu. Odwróciła się na pięcie i już zamierzała odejść, lecz Puchon krzyknął:
- Czekaj, co to znaczy polemizować? – biedny Denis nie miał pojęcia, co się właśnie stało. To było miodem na serce dziewczyny. 
- Bywaj, kolego! Przemyśl, to co ci powiedziałam! – ten dzień zaczął się pysznie. Nat miała chęć podzielić się radością z przyjaciółką, więc czym prędzej pobiegła do Wielkiej Sali. 
* z perspektywy Kathleen*

Katie dalej męczyła swojego tosta. Odgryzała kawałek i kontemplowała ślad po jej zębach. Kochała soboty, ponieważ bezkarnie mogła marnować czas na tak nieproduktywne zajęcia.
Obok niej rozległo się głośne chrapnięcie. Katie roześmiała się i klepnęła swojego kolegę w ramię.

- Nicolas, nie śpij, bo cię przeklną - zaśmiała się. W odpowiedzi otrzymała tylko niewyraźne mamrotanie.

Kat wywróciła oczami i w tym momencie zobaczyła zbliżającą się Nathalie, której wyraz twarzy zdecydowanie coś zwiastował.

*z perspektywy Nathalie *

Nat rozejrzała się nerwowo po sali. Katie nie było przy stole Slytherinu. Dziwne, pomyślała. Szybko objęła wzrokiem resztę pomieszczenia. Po chwili namierzyła Kathleen. Dziewczyna przeżuwała tosta, który nie wyglądał zbyt apetycznie, przy stole Krukonów. Gryfonka doskoczyła do niej w dwóch skokach.

- Buu! Witaj, kochana przyjaciółko! Czy nie uważasz, że ten dzień jest wspaniały? - powiedziała śpiewnym tonem - Och, witaj Nicolasie! A raczej: dobranoc Nicolasie - zmarszczyła czoło i spojrzała pytająco na Ślizgonkę.

*złączenie perspektyw *
- Nie wysilaj się z byciem wesołym, Nicolas dziś nie potrafi tego docenić – powiedziała Kat, kiwając głową. - Po nocach odnajduje Patronusy, rozumiesz, kiedyś musi spać - roześmiała się. Gdy nie uzyskała odzewu ze strony Krukona poczuła się lekko urażona. Powinien docenić mój dowcip. Nawet jeśli śpi, to powinien, żachnęła się.

- Śpij, śpij - Nathalie głaskała kolegę po głowie, próbując powstrzymać parsknięcie. - Katie, masz zły humor? Spójrz na moje włosy! - mówiąc to, wskazała na swą czuprynę. - Nieźle nie? Denisowi się podoba.

- Idźcie sobie - wymamrotał Nicolas, machając w powietrzu ręką, jakby chcąc odgonić natrętną muchę.

- Od niego dziś więcej nie wyciągniemy - westchnęła Kat i zwróciła się do Nathalie. - Sądzę, że twoje włosy idealnie oddają potrzebę buntu i odzwierciedlają niepokorną duszę, mającą przed sobą karierę, która doprowadzi do polepszenia tego świata. Aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że mi się podoba, a tak jest, ponieważ przeraża mnie perspektywa dzielenia jakichkolwiek poglądów z Denisem - oznajmiła Kathleen ze śmiechem. Przez brak kontaktu z Nicolasem miała w sobie nadmiar słów, który miała zamiar szybko zużyć.

Nat przycisnęła dłonie do serca i udała wzruszenie.

- Wiedziałam, że ty mnie zrozumiesz. Wystarczyło jedno spojrzenie i już zrozumiałaś, co chciałam przekazać przez moje włosy. Pamiętaj - dziewczyna uniosła palec wskazujący i zmrużyła oczy. - Włosy są zwierciadłem duszy. Kiedyś mawiało się, że są nim oczy, ale to nieprawda. Wybuchły nawet zamieszki, wiesz? Ludzie nie mogli znieść, tego, że żyli w kłamstwie.

Po chwili milczenia i wpatrywania się w przestrzeń dodała:
- Czekaj, co? Czuję się, jak Denis dzisiaj. A właśnie! Miałam się z tobą podzielić tą piękną wiadomością!

Nathalie opowiedziała Kat o jej spotkaniu z Puchonem. Cała sytuacja wydawała się jej jeszcze bardziej zabawna, gdy ją przedstawiała, więc popłakała się ze śmiechu.

Katie roześmiała się, zakrywając usta dłonią. Nie wiedziała, co przysparzało jej więcej śmiechu: głupota Denisa czy napad radości Nat. Poczuła, jak sama zaczyna mieć łzy w oczach.

- Merlinie, co z tym człowiekiem jest nie tak? To znaczy... mówisz do niego, on słucha, odpowiada, ale gdzieś po drodze to wszystko mija proces przetworzenia informacji – Ślizgonka pokręciła głową nad dolą kolegi. - Biedny. Zapewne nadal nie może się pozbierać po moim odrzuceniu - zachichotała. - Jestem potworem, ale cóż może zrobić dziewczyna, gdy ma wybierać między dwojgiem tak pociągających mężczyzn - wywróciła oczami, przekształcając uśmiech radości w grymas zniesmaczenia. - A propos pociągających mężczyzn - włożyła w te słowa wszelkie pokłady sarkazmu, jakimi dysponowała, - próbowałam znaleźć coś specjalnego dla Mystere'a, ale czuję się jak wyschnięta studnia pomysłów - westchnęła z melancholią. - Starzeję się, tracę dryg.

- Zemsta? Wchodzę w to. Ja zawsze, przecież wiesz - Nat objęła Katie. - Jestem tak obrzydliwie szczęśliwa. Brr. To podejrzane. Może ktoś mi czegoś dosypał? - Ślizgonka spiorunowała ją wzrokiem - Dobrze, dobrze. Zemsta. Tak. To musi być coś wielkiego.

- Wielkiego i finezyjnego. To musi być subtelne - Katie uniosła palec w górę, - ale miażdżące - dokończyła twardo, zaciskając uniesioną dłoń w pięść. - Spędziłam dziś cały ranek w bibliotece i nic. W głowie mam tylko pomysły godne trzeciorocznego, mam wrażenie, że cofam się w rozwoju. Myślisz, że głupota jest zaraźliwa? W końcu miałyśmy ostatnio sporo kontaktu z Denisem - zmarszczyła brwi.

- Hm - Nathalie zamyśliła się, próbując wykombinować coś mądrego - Nic. Mój mózg zmęczył się, wymyślając ripostę dla Denisa.
Głośne burknięcie brzucha przerwało burzę mózgów.

- Jestem głodna, zapomniałam - Gryfonka sięgnęła po owsiankę, która nie wyglądała zachęcająco, ale była pożywna. - Umówmy ich na randkę, w sensie Denisa i Caspiana - pokręciła głową. - Nie słuchaj mnie, jestem niedożywiona i bredzę.
Katie zamyśliła się. I natychmiast wybuchła śmiechem.

- Potrafię to sobie wyobrazić. Co mnie przeraża, mózg nie powinien być zdolny do takich rzeczy - zachichotała. - Ich randka byłaby wyjątkowa. Przy blasku świec prześcigaliby się w swojej głupocie. Caspian lubi grać podziwianego, Denis lubi grać adoratora, są stworzeni dla siebie! - odgarnęła brązowe włosy z czoła, śmiejąc się krótko. - Choć z drugiej strony to chyba zbyt okrutne. Rozumiesz, Denis zawinił tylko głupotą, to wada wrodzona. Caspianowi oberwie się za całokształt - pokiwała stanowczo głową.

Nathalie odłożyła łyżkę na stół z głośnym stuknięciem. Wytrzeszczyła oczy i siedziała nieruchomo.

- Zniszczyłaś mój mózg i właśnie ujrzałam ich randkę oczami wyobraźni. Ble. Fuj. Fe - rozejrzała się, czy nikt ich nie podsłuchuje. Oprócz śpiącego Nicolasa na horyzoncie nie było widać nikogo. Nat pochyliła się w stronę Katie. - Wyobraź sobie Caspiana w sukience. Na brodę Merlina! Mózgu, dlaczego mi to robisz?

Kathleen zamyśliła się.

- W sukience i z finezyjnym loczkiem na głowie! - roześmiała się. - I wściekle czerwonymi ustami. Nikt by nie był w stanie mu się oprzeć - zachichotała, napawając się obrazem, który podsunęła jej wyobraźnia. Westchnęła. - Caspian w sukience, o niczym innym nie marzę - otarła wyimaginowaną łezkę.

- Zawsze podejrzewałem cię o niepokojące fetysze, Malice, ale bądź łaskawa trzymać je z dala ode mnie, twój gust idzie w dobrą stronę, ale jest wypaczony - za plecami dziewczyn rozległ się kpiący głos. 

Katie zacisnęła powieki. Salazarze, dopomóż mi i spraw, żeby za mną nie stał Caspian Mystere. 

Ślizgonka odwróciła się.

Za nią stał Caspian Mystere.

I nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.

- Moje fetysze są moją sprawą - odpowiedziała Kathleen, biorąc głęboki oddech. Nie daj się sprowokować, nie daj się sprowokować, nie daj się sprowokować.

Tak długo, jak nie tyczą się mnie - prychnął, przywołując na twarz arogancki uśmieszek. - Ale muszę cię zmartwić, nie masz na co liczyć.

Nie daj się sprowokować, nie daj się sprowokować, nie daj się sprowokować, Katie powtarzała dalej jak mantrę.

- Nie liczę. Numerologia jest w czwartki. Czego chcesz? - wycedziła. Tamten uniósł brew.

- Już wiem, dlaczego nigdy nie słyszałem o twoim błyskotliwym dowcipie - powiedział, a jego mina dopowiadała: "jego po prostu nie ma". - Snape każe nam dostarczyć Eliksir Postarzający. Zajmij się tym, w końcu to ty go zrujnowałaś - powiedział kpiąco i zanim którakolwiek z dziewczyn mogła zareagować odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w kierunku drzwi.

- Mój dowcip jest bardzo błyskotliwy i sam się zajmij eliksirem! - wrzasnęła za nim, podrywając się z miejsca i jednocześnie zwracając uwagę wszystkich, którzy ostali się w Wielkiej Sali.

No i dałam się sprowokować.

Nathalie próbowała uspokoić przyjaciółkę, ale na nie wiele się to zdało, gdyż sama była nieźle wkurzona.

- Nie róbmy tu scen, okay? Sceny możemy zrobić, jak nie będzie świadków. Tak, właśnie tak. W ogóle, to chodźmy stąd. Musimy poszukać inspiracji, zemsta się sama nie wymyśli - Nat pociągnęła za sobą Katie. Nie do końca wiedziały, gdzie zmierzają, lecz ruszyły do wyjścia.
Katie czuła, że w środku się gotuje. Zastanawiała się, czy za chwilę z uszu nie zacznie jej wylatywać para.

- Ja tego tak nie zostawię - warknęła. - Nie zostawię, okej? - cedziła przez zęby, samej nie wiedząc, co ma na myśli, więc zdała się na instynkt. - Gońmy gada! - syknęła, łapiąc Nathalie za rękę i przyspieszając.

- Miałyśmy nie robić scen, ale właściwie, to czemu nie? - pobiegły za Caspianem ledwo łapiąc oddech - Mówiłam ci, że dostałam szlaban od Snape'a przez bezmózgiego podwładnego Mystere'a? Nie? To teraz ci mówię.

- Nie wspominałaś - sapnęła Katie. - Było przynajmniej warto? - spytała mimochodem, z determinacją nabierając jeszcze większego tempa. Chłopak musiał naprawdę szybko chodzić, ponieważ nie było go w zasięgu wzroku. Kat skierowała się w stronę lochów.

- Biorąc pod uwagę fakt, że na jego twarzy zakwitły wielkie i obleśne krosty, to tak - Nathalie rozejrzała się nerwowo - Gdzie on jest? Nienawidzę biegać.

- Tam! - sapnęła Kathleen, zauważając na końcu korytarza plecy chłopaka. - Mystere, stój! - krzyknęła, jednak tamten nie dał żadnego znaku, że usłyszał dziewczynę.
Nathalie czuła, że nie może pozwolić, by chłopak uciekł. I tak mam szlaban. Nie zależy mi. 

- Hej, Mystere! Strach cię nagle obleciał? Boisz się dwóch dziewczyn, tchórzu? Incarcerous! - Nat nie mogła uwierzyć, że to zrobiła. Przed dziewczynami leżał skrępowany Caspian, po jego spojrzeniu można było wnioskować, że się tego nie spodziewał - O! Już się tak nie śpieszysz? - Gryfonka spojrzała na niego z odrazą - To za mój szlaban, powiedz półgłówkowi, że następnym razem nie skończy się na kilku krostach.

Katie wahała się pomiędzy wybuchnięciem śmiechem a sapnięciem z niedowierzania. Ostatecznie wydała z siebie zdławiony odgłos. - Związałaś go - powiedziała, kręcąc głową z podziwem. - Naprawdę to zrobiłaś - zakryła usta dłonią.

- Natychmiast cofnij zaklęcie! - warknął chłopak ze złością.

- Milcz i słuchaj, albo jeszcze cię zakneblujemy - odparła gniewnie Kathleen, sprawdzając, czy nikt ich nie widzi. Spojrzała na Nathalie wzrokiem, mówiącym: "Kocham cię. Nasz wyrok śmierci został podpisany, ale cię kocham".

W pobliżu nie było nikogo. Pewnie wszyscy udali się na dwór, chcąc nacieszyć się tymczasową wolnością i ładną pogodą. Nathalie poczuła, jak zardzewiałe przekładnie w jej głowie zaczynają pracować. Po chwili już to miała, wymyśliła, żarówka się zaświeciła.

- Ufasz mi? - Nat spojrzała na Kat, uśmiechając się podejrzanie.

Katie zmrużyła oczy.

- Doświadczenie Ślizgona każe powiedzieć mi "nie", ale ciekawość i siedem wspólnych lat krzyczy "tak" - wyszczerzyła się.

- Dobra decyzja - następnie Nathalie zwróciła się do Ślizgona. - Nie to, że coś do ciebie mam. 
Nie, czekaj, jednak mam. Nie lubię cię. Jesteś wrednym i nadętym dupkiem - Caspian chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna mu nie pozwoliła - Tss, nic nie mów. Silencio. Wiesz, jak milczysz, to wydajesz się sympatyczniejszy. Katie, pilnuj, czy nikt nie idzie.
Gryfonka dobrze wiedziała, co zamierza zrobić. Mystere nie protestował, więc Nat potraktowała go Zaklęciem Kameleona.

- Nie zamierzam cię nieść, więc użyję Locomotr Mortis. Jeśli masz coś przeciwko, to powiedz. - odczekała chwilę, bawiąc się jego kosztem - Nie? Świetnie. Teraz udamy się na pierwsze piętro. Konkretnie do łazienki dla dziewcząt. Wydaje mi się, że nie znasz jeszcze naszej dobrej koleżanki, prawda? Nazywa się Marta i jest dość jęcząca. Jestem pewna, że z chęcią cię pozna. Może się nawet polubicie i zostaniecie przyjaciółmi albo czymś więcej. Pysznie! Chodźmy już!

- To było iście Ślizgońskie posunięcie, co ty robisz w Gryffindorze? - Kat powiedziała cicho do Nathalie i zachichotała, patrząc na żałośnie wiszącego w powietrzu Caspiana, który próbował zabić dwie dziewczyny wzrokiem. - Naprawdę mamy zamiar go zostawić w tej łazience, czy blefujesz? - szepnęła do ucha Gryfonki. - Bo ja to jednak chciałabym, żeby coś zrobił z zaległym eliksirem, nie uśmiecha mi się dodatkowa praca na weekend.

- Eliksir! Zapomniałam o nim, byłam pochłonięta zabawą jego kosztem - Nat wyszczerzyła się psychicznie. - Hehe. Zostawimy go tam na, powiedzmy, czas nieokreślony. Jak będzie grzeczny i obieca przygotować ten nieszczęsny eliksir, to po niego wrócimy.

Nathalie miała wrażenie, że zachowuje się jak ktoś zupełnie inny. Jak Ślizgon. Zazwyczaj była opanowana i spokojna. Jednak teraz czuła, że żyje. Czuła adrenalinę. Przecież w każdej chwili ktoś mógł je nakryć.

Katie z jednej strony czuła, że postępują źle, nieodpowiedzialnie i okrutnie, ale z drugiej: była Ślizgonką i nie miała zamiaru niczego żałować. Caspian, po tych wszystkich latach, zasłużył. Tym bardziej, że w tym momencie to było przedstawienie Nat i interweniowanie byłoby niegrzecznym posunięciem.

- Ja potrzebuję tylko eliksiru, reszta należy do ciebie - Kat powiedziała, uśmiechając się diabelsko.

Podróż na pierwsze piętro nie trwała długo. Chwilę później przyjaciółki dotarły do mety. 

Weszły i ostrożnie zamknęły drzwi.

- Marto! - Nat rozejrzała się gorączkowo. Miała szczerą nadzieję, że duch nie postanowił się przeprowadzić do innej łazienki. - Marto!

Nagle z kranu wyleciała Jęcząca Marta.

- Och! Goście! Nareszcie mnie ktoś odwiedził. Jestem taka samotna - chlipnęła.

- Myślę, że już nie będziesz czuła się opuszczona. Przyprowadziłyśmy ci kolegę - Nat rzuciła przeciwzaklęcie i teraz duch mógł zobaczyć swojego przyszłego towarzysza.

- O! Przystojny! - wymruczała Marta

- Taa, ale jest bardzo nieśmiały i raczej nie będzie się odzywał. Oczywiście nie oznacza to, że nie możesz do niego mówić. To nawet wskazane - Nathalie pokiwała głową.
Kathleen czuła, że popłacze się ze śmiechu, jeśli zaraz nie wyjdą z łazienki.

- I musisz wiedzieć, że ten oto młodzieniec niebywale interesuje się psychologią. Kto by pomyślał, prawda? Więc z pewnością wysłucha wszelkich twoich opowieści, jeśli chciałabyś się wygadać – dodała Ślizgonka, przywołując na twarz uśmiech sympatii. W tym samym momencie uklękła przy Caspianie.

- Jeśli zrobisz eliksir, którego porażka była twoją winą, wyciągniemy cię stąd niebawem - syknęła. - Ale jeśli dalej będziesz głupio się upierał, możemy przez przypadek o tobie zapomnieć - spojrzała na ducha dziewczyny, który łapczywie przyglądał się skrępowanemu chłopakowi. - Więc? Jak będzie?

W odpowiedzi otrzymała wściekłe spojrzenie. Katie westchnęła. - Jak chcesz, widocznie potrzebujesz tej nowej znajomości - powiedziała, wzruszając ramionami. Nie umknął jej błysk strachu w oczach chłopaka. Uniosła kącik ust. - Ostatnia szansa: uwarzysz ten eliksir i dostarczysz go bez żadnych komplikacji Snape'owi? - uniosła brwi. Caspian niechętnie skinął głową. Katie uśmiechnęła się. - Kochany jesteś - zakpiła. Nachyliła się na tyle blisko, że jej usta sięgnęły ucha chłopaka. - I pamiętaj, jeśli nie dotrzymasz umowy, powiemy Marcie, jak się nazywasz. A ona nie odpuszcza. I ma niepokojącą manierę śledzenia chłopców podczas ich kąpieli - szepnęła, po czym szybko się podniosła i spojrzała na Nathalie. - Idziemy? - zapytała dziarsko. Serce biło jej jak oszalałe.

- Tak, idziemy, zdecydowanie idziemy - Nat odwróciła się w drzwiach. - Bądźcie grzeczni, gołąbeczki.

***

Na dworze nadal było pogodnie, więc dziewczyny postanowiły udać się na Błonia. Usiadły na trawie, słońce miło łaskotało je po twarzach.

- Ile dajemy mu czasu? - Nathalie zapytała od niechcenia. Wcale nie miała ochoty wracać do tej łazienki.

Kathleen westchnęła. Dopiero teraz zaczęła odczuwać powagę sytuacji.

- Zamknęłyśmy go w łazience z Martą. Związanego. My naprawdę to zrobiłyśmy - zamrugała. 
Padła na trawę i wybuchnęła histerycznym śmiechem. - On nas zamorduje - zaśmiała się, coraz bardziej odczuwając komizm i grozę. Westchnęła. - To było okrutne - przekrzywiła głowę. - Ale należało mu się. Choć nie czuję się na tyle zła, by zostawić go na długo z Martą. Myślisz, że godzinna sesyjka mu wystarczy?

- Myślę, że będzie miał dosyć po pięciu minutach, ale aż tak miłosierne nie jesteśmy, więc tak, godzinka jest okay -nagle na Nat spadła świadomość nieodrobionej pracy domowej na poniedziałek. Długi, trudny i wstrętny referat czekał. - Ugh, będę musiała się zbierać. Nauka i te sprawy.

Katie jęknęła.

- Musiałaś to zrobić? Było tak pięknie, a ty przywołujesz przykre obowiązki - westchnęła. Wiedziała, że zabranie się za lekcje to dobry pomysł, jednak słońce zbyt przyjemnie grzało, by ruszyć się z miejsca. - Dobrze. Czas wrócić do ponurej rzeczywistości - wymamrotała.
***

Dziewczyny jednak były o wiele mniej okrutne niż planowały i uwolniły Caspiana po zaledwie czterdziestu minutach udręki. Chłopak był w kiepskim stanie, gdy po niego przyszły. Można by uznać, że wpadł w stan katatonii.


Ale jako, że żadna z nich nie pałała do niego zbyt głębokim uczuciem, nie przejęły się zbytnio i ruszyły swoimi drogami, wypełniając przez resztę dnia swoje przykre, szkolne obowiązki.

*z perspektywy Nathalie *

Niestety Nathalie nie miała wyjścia i musiała udać się do biblioteki. Nie miała pojęcia, jak uda się jej skupić na nauce po tylu wrażeniach, jakich doświadczyła tego dnia.

Nauka w sobotę powinna być zakazana. I surowo karana. Zdecydowanie. 

Po drodze Nat wstąpiła do Wieży Gryffindoru, by zabrać wszystkie potrzebne przybory i poszukać chęci do wkuwania. Dałaby sobie rękę uciąć, że zostawiła je na szafce nocnej. Cóż, straciłaby rękę, bo po chęciach nie było śladu (sprawdziła też pod łóżkiem).

I wtedy, nagle przypomniała sobie, że umówiła się z Danielem. Mieli razem napisać tę głupią pracę. 

Chęci się znalazły, może nie był to pęd do edukacji, ale był szczegół.

Nat wystartowała do drzwi, jak błyskawica. Drogę, którą zwykle pokonywała wolno i z oporem, przebyła w trzy minuty. Przed wejściem do biblioteki zatrzymała się, by złapać oddech, poprawić włosy i wszystko inne. Dasz radę. 

W pomieszczeniu świeciło pustkami. Nikt nie miał ochoty na naukę. Nathalie rozejrzała się po pokoju, ale nigdzie nie widziała Daniela. Może się spóźni? Westchnęła i ściągnęła z półek wielkie tomiszcza o obiecujących tytułach, usiadła przy swoim ulubionym stoliku i zaczęła szukać potrzebnych odpowiedzi.

Minuty mijały, a Whittona nie widać było na horyzoncie. Po ponad dwóch godzinach pracy, Nat w końcu skończyła. Wyszło przyzwoicie, ale Gryfonka wciąż martwiła się nieobecnością kolegi.

Po jakimś czasie, udała się w kierunku pokoju wspólnego. Jej życiowy pech powrócił z wakacji i na korytarzu natknęła się na Denisa.

- Czy ty mnie śledzisz? – zapytała zrezygnowanym tonem.

- Ależ skąd! Ja tylko chciałem sprawdzić, czy moja kochana duszka ma się dobrze – spróbował objąć ją ramieniem.

- Przestań – Nat strąciła jego dłoń ze swojej szyi. – Czy ty kiedykolwiek zrozumiesz, że nic z tego nie będzie? – dziewczyna naprawdę traciła cierpliwość.

- Myślę, że jednak coś z tego będzie. Teraz, gdy mam cię tylko dla siebie, możemy być razem – mówiąc to, Puchon wyszczerzył się, ukazując swe krzywe zęby.

Nathalie musiała walczyć ze sobą, by nie krzyknąć: „Ty myślisz?!”. Zamiast tego odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

W pokoju wspólnym wpadła na Daniela.

- Och, cześć – powiedział dziwnie smutnym głosem.

- Cześć, coś się stało? Wyglądasz ponuro. No i nie przyszedłeś, a ja czekałam i … - Nat zamilkła i spojrzała na chłopaka.

- Chciałem przyjść, ale natknąłem się na jednego kolesia. Wiesz co mi powiedział? – dziewczyna pokręciła przecząco głową. – Kazał mi się trzymać od ciebie z daleka i nie niszczyć waszego związku – Daniel westchnął zrezygnowany. Nat zmarszczyła czoło. – Mogłaś mi powiedzieć, że kogoś masz. Inaczej bym się zachowywał.

- Nie rozumiem… - dziewczyna zaczęła.

- Myślę, że dobrze rozumiesz. Pójdę już. Na razie.
Zostawił ją samą. Stała jak wryta. W jej głowie dźwięczało jedno zdanie: „Teraz, gdy mam cię tylko dla siebie, możemy być razem” Krew napłynęła jej do twarzy, dłonie stały się lodowate i zaczęły się trząść. 

Zabiję go. Nie ma litości. 

Wybiegła z pomieszczenia, zamierzając znaleźć Katie.

*z perspektywy Kathleen *

Katie siedziała w Wielkiej Sali, pochylając się nad książką. Czytanie przy kolacji było jej tradycją, która osiągała rangę świętości.

Dziewczyna przegryzła wargę, zagłębiając się w treść. Żaden hałas nie docierał do jej zamkniętego umysłu. Współdomownicy już dawno się do tego przyzwyczaili i zdążyli zaakceptować.

Nagle ktoś wpadł na nią, przez co kanapka, którą trzymała przeszła do niebytu. A raczej zajęła niewdzięczne miejsce na podłodze. Katie warknęła, jednak nie zdołała dojrzeć winnego, który zdążył się ulotnić.

Dziewczyna wciągnęła policzki i postanowiła powrócić do czytania. Jednak coś, a było to dość nietypowe, odwróciło jej uwagę od tekstu. Na otwartej stronie książki leżała bladoniebieska karteczka. Katie zmarszczyła brwi i delikatnie uniosła kawałek papieru. Kartka była zgięta w pół. Ślizgonka otworzyła ją i zobaczyła eleganckie, zgrabne pismo.

"Masz śliczne oczy, ustka też, ale to twoje włosy - coś w nich jest."

Katie zmieszała się. Kto mógł...?


Jednak nim Ślizgonka zdążyła dokończyć myśl, poczuła, jak strasznie zaczyna swędzieć ją skóra głowy.

- Co do... - przeczesała palcami włosy. A w każdym razie miała taki zamiar. Jej ręka trafiła na coś, co z pewnością nie było włosami. Katie wciągnęła ostro powietrze, a jej przypuszczenia zostały potwierdzone przez gromki wybuch śmiechu innych Ślizgonów.

Szybko chwyciła za jedną z błyszczących łyżek i spojrzała w swoje krzywe odbicie.

Trawa.
Mam zamiast włosów trawę. 

Kathleen z zaskoczenia, złości i przerażenia nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.

- Do twarzy ci w zielonym, ale to niezbyt trafiony odcień - usłyszała nad swoim uchem. - A Snape'owi bardzo podobał się eliksir, cieszysz się? - Caspian zaśmiał się kpiąco, gdy Katie odwróciła się gwałtownie.

- Ty... - syknęła, robiąc wszystko, by nie wydrapać chłopakowi oczu przy wszystkich uczniach.

- Podkoś trochę czuprynę - powiedział głośno, ku radości innych Ślizgonów.

Kathleen wyprostowała się i wstała, próbując zachować resztki dumy. Co było dość trudne, zważając na fakt, że miała trawę na głowie. Podeszła wolnym krokiem do Mystere'a.

- Na twoim miejscu zrezygnowałabym ze snu. Nie znasz dnia ani godziny - syknęła i wymaszerowała z Wielkiej Sali. Odprowadziły ją gromkie śmiechy.

Postanowiła, że najpierw pójdzie do Skrzydła Szpitalnego.

Następnie znajdzie Nathalie.

A na koniec finezyjnie zmiażdży Caspiana Mystere'a.

* złączenie perspektyw *


Katie wymaszerowała ze Skrzydła Szpitalnego z jeszcze bardziej parszywym humorem niż wcześniej. A było to już prawdziwe apogeum.

Nawet pani Pomfrey nie potrafiła ukryć parsknięć. No kto by pomyślał, kobieta z takim doświadczeniem powinna być bardziej opanowana!, Kat warknęła w myślach.

Nie miała zamiaru wracać do Wielkiej Sali, ale potrzebowała Nathalie, więc ruszyła w kierunku wieży Gryffindoru, przysięgając sobie, że przeklnie każdego nieszczęsnego Gryfona, który ośmieli się wejść jej w drogę.

A Nat była nieprzytomnie zła. Ludzie trącali ją łokciami, ale nie zważała na to. 

Jak on mógł to zrobić? Myślałam, że jest za głupi. A Daniel? Uwierzył Denisowi! Była zła na nich obu.

Pragnęła znaleźć Kat i wymyślić jakąś wstrętną zemstę. Nagle zauważyła Katie, dziewczyna biegła w jej kierunku z wściekłością wymalowaną na twarzy. Oho! Pomyślała Gryfonka.
Katie także spostrzegła Nat. I też to, że tamta definitywnie straciła poranną radość.

Ślizgonka szybko dopadła do przyjaciółki.

- Potrzebuję krwi. Świeżej krwi dupka bez honoru i ambicji. TERAZ - warknęła, czując w żyłach buzującą złość.

- Co? Słyszałaś już o tym, co zrobiła ta mała kupka żałosności? - Nathalie zmarszczyła czoło.

- Żeby tylko słyszeć! Poczułam na własnej skórze! Skórze głowy, dokładniej ujmując! - wykrzyknęła.

- Co? O czym ty mówisz? - Nathalie spojrzała na nią wyczekująco.

Kat zamrugała.

- O tej wydzielinie gumochłona, Mystere'rze, a ty?

- O Denisie, dlaczego... - Nat przerwała - Przypuszczam, że tym razem mój kochany Puchon pobił twojego Ślizgona. Co ci zrobił? Oświeć mnie.

Katie zaśmiała się ponuro.

- Zmienił mi fryzurę - wycedziła. Wydęła policzki, jakby coś w sobie zduszając. - ZMIENIŁ MOJE WŁOSY W CHOLERNĄ TRAWĘ, OKEJ? WYHODOWAŁ NA OCZACH WSZYSTKICH TRAWĘ NA MOJEJ GŁOWIE, NA LITOŚĆ MERLINA, ZAMORDUJĘ GNOJA! - wrzasnęła, wyrzucając ręce w powietrze i nie przejmując się spojrzeniami obcych uczniów. - Do teraz mam zielonkawe włosy, widzisz?! - złapała kilka kosmyków i pomachała nimi. Miała wrażenie, że zaraz eksploduje.

- Och, może się zmyją? - Nat zmarszczyła nos, nie wiedząc, co jeszcze może dodać - Mogę się założyć, że chcesz wiedzieć, w jaki sposób Denis zalazł mi za skórę. No więc, od dzisiaj ja i on jesteśmy parą. Tak, jak też jestem zaskoczona, ale to nie wszystko - Nathalie próbowała zachować resztki spokoju i obrócić wszystko w żart, ale jej nie wyszło. - ZNISZCZYŁ MI PSEUDO-RANDKĘ! UMÓWIŁAM SIĘ Z DANIELEM, MIELIŚMY SIĘ RAZEM UCZYĆ, ALE NIE! BO DENIS NAGADAŁ MU, ŻE MA MI DAĆ SPOKÓJ, BO, UWAGA,NIE POWINIEN NISZCZYĆ NASZEGO ZWIĄZKU! - Nat wyrzuciła z siebie tę informację z prędkością karabinu maszynowego. - Dobrze, już się uspokoiłam. Okay.

Ponownie oczy publiki zwróciły się w stronę dziewczyn i pozostały na nich przez dłuższą chwilę, gdy Katie zaczęła gorączkowo chodzić w tę i z powrotem.

- Mystere będzie cierpiał. Denisowi też się oberwie, to będzie pełen pakiet, jeszcze nie wiem... NO I CO SIĘ GAPICIE? - wrzasnęła na kilku młodszych uczniów, którzy uciekli w popłochu. - Jeszcze nie wiem, jak to się stanie, ale zemsta będzie tak straszna, że aż kamienie zapłaczą - warknęła. Nagle zatrzymała się gwałtownie.

- Wiesz co? - poczuła, jak uśmiech wypełza jej na twarz. - Sądzę, że umówienie ich ze sobą na randkę, to jeden z twoich najgenialniejszych pomysłów - teraz Kathleen Malice uśmiechała się demonicznie.

To oznaczało wojnę.