sobota, 13 grudnia 2014

Wielka Zemsta

WIELKIE BUM!
To wreszcie ten rozdział! W tym rozdziale wszystko wybucha i mamy finał zemsty naszych dziewczyn!
Autorki płakały, gdy pisały. 
Autentycznie płakały. 
Łzy śmiechu, żeby nie było.

A co Wy na to? 

***

*7 września, poniedziałek, z perspektywy Kathleen*

- Malice, co jest? - zaspany głos jęknął zza jednej z zielonych kotar. Katie skrzywiła się.

- Nic, nic, żyję - odpowiedziała szybko, rozmasowując obolałą nogę. I tyle z sekretnego wymykania się nad ranem. Głupie szafki i głupie nogi, które w nie uderzają.

- Nieważne - głos jednej ze współlokatorek został zagłuszony przez poduszkę.

Kathleen odetchnęła. To był jeden z niewielu razy, kiedy wstawała przed swoimi koleżankami z dormitorium, ale radykalne sytuacje wymagały radykalnych środków.

Dziś był ten dzień.

Dzień zemsty.

Dzień, którego nie zamierzała przegrać.

Katie, w pełnym wyposażeniu, ruszyła w stronę wieży Astronomicznej, mając nadzieję, że Nathalie pamiętała o wywleczeniu się wcześniej z łóżka.

*z perspektywy Nathalie*

Wstawanie o tej porze powinno być karalne. Zwłaszcza w poniedziałki. Brr.

Gryfonka nie miała pojęcia, kiedy ostatni raz się porządnie wyspała.

Od kilkunastu minut próbowała znaleźć swoją różdżkę. Bezskutecznie.

- Ale jestem głupia. Przecież jestem czarownicą i mogę użyć zaklęcia przywołującego - mówiąc to, klepnęła się w czoło trochę mocniej, niż zamierzała. - Wystarczy, że posłużę się różdżką i... - w tym momencie uświadomiła sobie nieprawidłowość swego planu. - Jestem idiotką.

Nat zdała sobie sprawę, że obserwuje ją kot współlokatorki. Patrzył na nią z pogardą.

- Nic nie widziałeś, jasne? - pogroziła mu palcem. - I tak, właśnie tak. Będę mówiła sama do siebie. Nie oceniaj mnie.

Obróciła się na pięcie i ruszyła na spotkanie z Katie.

*z perspektywy Kathleen*

Każdego innego dnia o tej godzinie Katie by przeciągle ziewnęła. Ale nie dziś. W tym momencie była kłębkiem ekscytacji, radości, strachu, napięcia i niepewności. Mieszanka wybuchowa.

A szykował się niezły wybuch.

Tego dnia nawet zapomniała, że nie ma kondycji i wbiegła po schodkach Wieży Astronomicznej.

Kondycja dała znać o sobie chwilę później, jednak to też się nie liczyło.

Katie spojrzała na kociołek, który już niedługo miał się stać źródłem niezłego bałaganu.

- Cudnie - wyszczerzyła się.

*z perspektywy Nathalie*

Stosunkowo dobry nastrój dziewczyny prysł z chwilą, gdy źle wycelowała i boleśnie uderzyła we framugę drzwi. Dębową framugę.

Czy wszystko w tym zamku musi być dębowe?

Zastanawiała się, czy tylko ona regularnie obija się o wszelakiego rodzaju meble i konstrukcje.

Mam nadzieję, że nie.

Przypomniała sobie, że dzisiejszy dzień ma okazać się Wielkim Dniem i jej nastrój automatycznie się poprawił, choć ramię nadal pulsowało tępym bólem.

*z perspektywy Kathleen*

Katie klasnęła z entuzjazmem w dłonie, zastanawiając się, która jest godzina. Usiadła na zimnej, kamiennej posadzce, wpatrując się w drzwi.

Mogła zacząć przygotowywać ekwipunek, ale uznała, że Nathalie, jako partner w zbrodni, powinna być przy tym obecna. Poza tym - w razie, gdyby trafiły przed wymiar sprawiedliwości, w ten sposób obydwie będą mogły ponieść pełną odpowiedzialność.

- Nati, ach Nath, gdzież zgubił cię ten świat? - zaśpiewała wesoło, ponownie przyklaskując.

Kathleen była przepełniona energią i niezrozumianą radością.

*złączenie perspektyw*

Nathalie wbiegała po schodach z prędkością światła, wydając przy tym świszczące odgłosy wiatru, gdyż wydawało jej się to zabawne. Każdy inny człowiek uznałby to za dziwne i dziecinne, ale nie ona.

Dziewczyna przypomniała sobie o porannym niemiłym zajściu z drzwiami, więc automatycznie zwolniła i przybrała dumną pozę.

- Tym razem ze mną nie wygracie - szepnęła w kierunku drzwi i stanowczo je pociągnęła. Nic. Ani drgnęły. Nat powoli zaczęła panikować, ale wtem w wejściu ukazała się Katie.

- Następnym razem pchnij.

- Wiedziałam - Nat próbowała zachować twarz.

Katie uniosła brwi.

- W normalnej sytuacji bym się kłóciła, ale mamy dużo do zrobienia, więc wchodź! - Ślizgonka wyszczerzyła się i nie mogąc dłużej wstrzymać hamowanej radości, podskoczyła z piskiem. - To będzie wielkie! - krzyknęła, poszerzając uśmiech do granic swoich możliwości.

- To będzie prawie tak wielkie, jak tępy ból, który nadal pulsuje w moim ramieniu - wyprzedzając nieme pytanie przyjaciółki, Nathalie dodała: - Szkoda gadać.

- Też stratowałaś wszystkie meble po drodze? - Katie zmarszczyła brwi. - Moja mama nazywa to gracją słonia. Ja nazywam to Symptomem Kathleen. Wpadasz na wszystko i wszystkich, niezależnie od dnia i godziny - Ślizgonka zaśmiała się i podeszła do kociołka, spoglądając na różowy eliksir o kremowej konsystencji. To będzie wielkie, powtórzyła znowu.

- Wszystko jasne! To twoja wina! Twój symptom postanowił pozwiedzać i wybrał najbliższą osobę! Co mu zrobiłaś, że od ciebie uciekł? - Nathalie nie bardzo wiedziała, co mówi. - Dobra, moje poczucie humoru ma kryzys albo to brak snu. Zauważyłaś, że ostatnio wszystko zwalam na brak snu? - Gryfonka, widząc, że Kat chce odpowiedzieć, szybko podniosła palec i dodała - tss, możemy to roztrząsać lub zapomnieć i żyć dalej. No więc, dzisiaj mamy Wielki Dzień.

- I na rzecz Wielkiego Dnia daruję ci obrażanie mojego Symptomu - stwierdziła Katie, uśmiechając się szeroko. - Słuchaj. To musi być perfekcyjne. Zazwyczaj gardzę perfekcyjnością, ale nie możemy zawieść - wyciągnęła fiolkę z torby. - Trzeba to podać Denisowi. Zgłaszam się na ochotnika, zważając na fakt, że gdybyś go zabiła, a istnieje takie prawdopodobieństwo, to w planie powstałaby poważna luka. Aparat. Potrzebujemy aparatu. Mystere musi być łatwo osiągalny dla Denisa. Jeśli ucieknie do lochów, to przegrałyśmy. Dlatego będziemy musiały zatroszczyć się o... sprzyjające okoliczności. Ale w tym samym czasie musimy unikać Mystere'a, gość umie liczyć i doda dwa do dwóch. Będzie wiedział, że tylko my mogłyśmy zrobić coś tak głupiego, bezczelnego i fenomenalnego. Bądź gotowa do walki. I właśnie - Katie sięgnęła do torby. - Twoja różdżka - podała przedmiot Nathalie, kończąc wypowiedź i podziwiając pojemność swoich płuc. Czy ja właśnie powiedziałam to wszystko na jednym wydechu?

- Różdżka! Znowu o niej zapomniałam. - Nathalie schowała ją do kieszeni. - Tak, potwierdzam. Denis może nie przeżyć spotkania ze mną. Aparat mam przygotowany - Gryfonka wyszczerzyła się złośliwie. - To będą piękne pamiątki, nasze wnuki będą z nas dumne. A tak w ogóle, to co mam robić?

Katie podrapała się w głowę.

- Nie wiem, jestem tu od przemów. Mój plan kończy się na "Denis, wypij to" - zmarszczyła brwi. - Okej. Przede wszystkim musimy śledzić kroki Denisa i... nie zaszkodzi wskazać mu, gdzie ma je kierować - Katie uśmiechnęła się diabolicznie. - Panowie nas zapamiętają. I musi być publika! - parsknęła, wlewając ostrożnie do fiolki eliksir. Ogarnął ją słodki zapach, jednak zwalczyła chęć, by się nim napawać, ostatnim razem nie wyszło jej to na dobre.

- A najśmieszniejsze jest to, że on to wypije bez protestów! - uśmiechnęła się jeszcze szerzej Nathalie.- A co z Caspianem? Nie może nas zobaczyć, to jasne, ale coś trzeba zrobić, żeby nie uciekł za szybo.

Katie zamyśliła się.

- To może być problem. Musi zostać zaskoczony... dlatego podam Denisowi eliksir podczas śniadania. Myślisz, że dasz radę kogoś zwerbować do obstawienia drzwi? Ślizgoni raczej nie są zbyt pomocnymi osobami - zmarszczyła brwi. - Musimy go przetrzymać do lekcji. Zobaczą go profesorowie, więc będzie musiał na nie iść. A wtedy jesteśmy w domu - uśmiechnęła się, czując w sercu rosnący triumf.

- Lena i Andrew na pewno się zgodzą. No i prawdopodobnie nie zapytają, o co chodzi, tylko popatrzą z politowaniem. Pójdzie gładko, zobaczysz! - Nat próbowała przekonać samą siebie.

- Dobrze. Przekaż im, że walczą dla większej sprawy. I że oberwie przy tym Ślizgon. A nawet dwóch, znając moje szczęście, więc spełniają tym swój gryfoński obowiązek - Katie pokiwała gorliwie głową i ostrożnie spakowała fiolkę. - Aparat w dłoń, ekipę zebrać i do boju po zwycięstwo lub śmierć! - krzyknęła, unosząc rękę do góry w bojowym geście.

- Więc nie traćmy czasu i ruszajmy! - Nat odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku Wielkiej Sali.

Katie podążyła za przyjaciółką, czując przypływ adrenaliny. To było szaleństwo, ale nie miała nic przeciwko temu. Ponownie tego poranka wyszczerzyła się.

Ich kroki niosły się po pustych korytarzach. Było zbyt wcześnie, by tłumy uczniów wypłynęły ze swoich dormitoriów.

*z perspektywy Nathalie*

Gdy dziewczyny dotarły do celu, spojrzały na siebie, kiwnęły głowami i się rozdzieliły. Nat ruszyła w kierunku stołu Gryffindoru. Na szczęście Lena i Andrew już tam byli.

- Witajcie ludziska! Piękny mamy dzionek, prawda? - zaświergotała nieco zbyt wysokim głosem.

- Brałaś coś? - Lena zmarszczyła brwi.

- Powinnaś zapytać: co brałaś i czy się podzielisz? - Andrew szturchnął koleżankę łokciem.

- Ha ha ha. Zabawne, ale przejdźmy do konkretów - Nat uniosła brwi. - Pamiętacie tę sytuację, w której uratowałam wam tyłki? Jesteście mi winni przysługę, więc...

- Zaraz. Nie przypominam sobie takiej sytuacji, a ty, Leno? - Andrew zmrużył oczy.

- Ja również nie, prawdopodobnie dlatego, że nic podobnego nie miało miejsca.

- Dobra, dobra. Szczerze mówiąc, to liczyłam, że uznacie, że po prostu nie pamiętacie, ale widzę, że muszę użyć tajnej broni - pochyliła się w ich stronę. - No więc, jak pomożecie, to Ślizgon ucierpi.

Lena i Andrew spojrzeli na siebie.

- Trzeba było tak od razu - odparł Andrew i trochę za mocno klepnął Nat w plecy.

- Okay, słuchajcie uważnie...

Nathalie wyjaśniła im część planu, w której mieli wziąć udział, starannie pomijając resztę szczegółów.

*z perspektywy Kathleen*

Katie rozejrzała się uważnie. Ani Denisa ani Caspiana nie było jeszcze w Wielkiej Sali.

Śpiochy, prychnęła pogardliwie, ignorując fakt, że sama zazwyczaj przybywała ostatnia na śniadanie ze względu na swoje zamiłowanie do snu.

Katie westchnęła i oparła się o ścianę przy drzwiach, starając się nie rzucać w oczy.

Skanowała uważnie twarze przechodzących uczniów. Większość miała miny pt. "mam dość, chodźmy spać", albo "nie dotykać, bo gryzę".

Po dłuższej chwili, gdy zaczęło ją coraz bardziej irytować czekanie, minął ją Caspian ze swoją świtą, śmiejąc się głośno.

Katie wywróciła oczami.

Pewnie komuś już zepsuli poranek. Inaczej by się tak nie cieszyli. Ślizgonka uśmiechnęła się złowieszczo. Poczekajcie, zaraz będziecie się jeszcze bardziej śmiali... o ile przeklęty Puchon przywlecze tu swój tyłek.

W tym momencie przeklęty Puchon wraz ze swoim tyłkiem wkroczył do Wielkiej Sali, ziewając przeciągle. Usiadł ciężko przy stole Hufflepuffu, wpatrując się nieprzytomnie w przestrzeń.

Kathleen odetchnęła.

Do roboty.

- Witaj, Denisie - powiedziała wesoło, siadając obok niego i wewnętrznie tego żałując.

Puchon spojrzał na dziewczynę podejrzliwie.

- No cześć - odpowiedział, marszcząc czoło. Prawdopodobnie próbował myśleć.

- I jak tam noc? - Katie zapytała, zmuszając głos do przybrania sympatycznego tonu. Fu.

- No dobrze... chyba. A co?

Katie wzruszyła ramionami.

- Tak tylko pytam. Ja się nieziemsko wyspałam - powiedziała, wyciągając się, by potwierdzić swoje słowa i uśmiechnęła się lekko. - Gotów do rozpoczęcia nowego tygodnia?

- Głupi poniedziałek, jak zwykle - burknął i wbił spojrzenie w Katie. Dziewczyna poruszyła się niespokojnie. Czuła się niekomfortowo pod spojrzeniem chłopaka. Tak zapewne wygląda spotkanie z psychopatą.

- Przyszłaś przeprosić? Chcesz żebym znów cię lubił? - wydął usta, patrząc na Ślizgonkę wzrokiem skrzywdzonego dziecka. Katie powstrzymała się przed wywróceniem oczami.

Oparła brodę na dłoni i zatrzepotała rzęsami w parodyjnym geście.

- A już mnie nie lubisz? - zapytała, przybierając ton, którego używają aktorki niewysokich lotów w mugolskich serialach, gdy próbują grać flirt. To miał być żart. Jednak Katie, na swoje nieszczęście, zapomniała, z kim rozmawia.

Denis uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że Ślizgonka miała ochotę wypaść z Wielkiej Sali i zaszyć się w jednym z najciemniejszych lochów.

- No lubię, lubię słodkie dziewczyny - zamrugał oczami. Katie powstrzymała wzdrygnięcie.

Merlinie, gdzie jesteś, gdy cię potrzebuję?

- Taaak... no właśnie. Więc uznałam, że byłam trochę... niemiła ostatnio - w tym momencie próbowała nie parsknąć, - i chciałabym przeprosić. Jest mi naprawdę, naprawdę bardzo przykro - jeśli on nie słyszy tego sarkazmu, to jest głuchy.

- Ale ja ci wybaczam, bo wiem, że po prostu się wstydzisz, ale nie bój się, bo...

Definitywnie głuchy.

- No! Właśnie! - skinęła głową, przerywając mu. Tak było bezpieczniej. - I wiesz co? Skoro już się pogodziliśmy, to powinniśmy przypieczętować to toastem! Mamy tylko sok z dyni... ale to nic. Pozwól, że nam go podam - powiedziała, przyklejając na twarz szeroki uśmiech, który równie dobrze mógłby być szczękościskiem.

Kathleen nalała do dwóch pucharków soku dyniowego. I zasłaniając je sobą, pochyliła się nad nimi, ukradkiem wlewając do jednego eliksir, który ukryła w rękawie. Ciecz pokryła się bąbelkami, które po chwili zniknęły.

Katie odwróciła się do Denisa, uważając, by podać mu odpowiedni sok. Pomyłka byłaby katastrofą.
Denis, naiwny, niczego nie spodziewający się Denis, wydawał się być w raju. Stuknął w pucharek Katie na tyle mocno, by rozlać sok i natychmiast wziął wielkiego łyka. A potem następnego. I Ślizgonka z radością na twarzy obserwowała, jak Puchon bez zastanowienia wypił wszystko. Miała ochotę płakać ze śmiechu.

- No. To za lepsze czasy, Denisie - zachichotała, rzucając spojrzenie w kierunku Nathalie. - Za lepsze czasy.

Gryfonka złapała spojrzenie przyjaciółki i uśmiechnęła się szeroko. Była tak podekscytowana, że nie trafiła łyżką do ust i umazała sobie policzek owsianką, którą nałożyła, obserwując akcję Katie.
Czemu ja właściwie codziennie to jem?

Katie wpatrywała się w Denisa z napięciem.

Działaj, działaj, działaj, działaj, powtarzała jak mantrę. Jeśli gdzieś na tym świecie jest miłosierdzie: działaj!

Denis oblizał swoje nabrzmiałe wargi, rzucając Ślizgonce jedno ze swoich spojrzeń, które w zamiarze mają być uwodzicielskie, a w praktyce ma się wrażenie, że coś chłopakowi wpadło do oka.

No! Nie patrz na mnie! Tam jest Caspian! Mystere! Od teraz twoja wielka miłość!

Katie zacisnęła mocno wargi. Może eliksir trzeba było wspomóc?

- Więc... Denis. Porozmawiajmy. Dziś eliksiry, przygotowany? - westchnęła teatralnie. - Nie wiem, czy profesor Snape uzna eliksir mój i... Caspiana - obserwowała uważnie twarz Puchona, jednak nie znalazła żadnych oznak działania eliksiru. - I co do Caspiana... Mystere... co o nim sądzisz? - wstrzymała oddech.

Denis zamrugał oczami.

- Dlaczego pytasz o... - spojrzał w stronę stołu Slytherinu i słowa zamarły w jego ustach. Katie mogłaby przysiąc, że jego wzrok się zamglił. - Caspian - dokończył głuchym głosem. - Ma dziś ładną fryzurę, nie?

Katie miała ochotę podskoczyć i odśpiewać zwycięską pieśń.

- Tak, to prawda - odparła z szerokim uśmiechem.

- I... widziałaś kiedyś jego oczy? Jaki mają kolor? - na jego usta wypłynął senny uśmiech. - Opowiedz mi o nich - jego wzrok nie opuszczał twarzy Mystere'a.

Katie zakrztusiła się śmiechem.

- Są szare. Jak burzowe niebo. Nieskończone - szepnęła mu do ucha. - Dlaczego sam nie sprawdzisz?

Denis zarumienił się.

- Myślisz, że mogę?

- Myślę, że powinieneś - pokiwała głową. - Bo widzisz... - wzięła głęboki oddech. - Caspian mi mówił, że bardzo chciałby się z tobą spotkać. Bardzo spotkać...

- Tak? - Denis powiedział słabo, jakby nie dowierzając.

- O tak... tylko jest nieśmiały. Sądzę, że powinieneś powiedzieć mu, co o nim myślisz. Teraz. Przy wszystkich. Tak, by wiedział, że jesteś szczery... - pokiwała głową.

Na twarzy Denisa pojawił się ogromny uśmiech.

- Tak! Masz rację! Dlaczego wcześniej tego nie widziałem! O, Katie, dziękuję! - przytulił szybko dziewczynę i poderwał się, w podskokach zmierzając w stronę stołu Slytherinu.

Kathleen pękła.

Wybuchła gromkim śmiechem, zwijając się na ławce i naprawdę nie przeszkadzały jej niepewne spojrzenia otaczających ją uczniów.

*z perspektywy Nathalie*

Nathalie obserwowała całe zdarzenie, siedząc przy stołu Gryffindoru. Nic nie słyszała, gdyż hałas był wielki, jak to zwykle bywało przy śniadaniu. A raczej przy każdym posiłku. Paradoksalnie ludzie zajmowali się gadaniem, zamiast jedzeniem. Gdy cierpliwość dziewczyny była na wyczerpaniu, usłyszała śmiech Kathleen.

- Udało się! - krzyknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Wzrok osobników, siedzących najbliżej, spadł na nią z lekkością skały. - No co? Udało mi się nie udławić podstępnym rodzynkiem. To zawsze jakiś sukces, nie?

Gryfoni spuścili wzrok i wrócili do swoich misek. Nat podejrzewała, że się już do niej przyzwyczaili, a przynajmniej ją tolerowali.

Blanc nie chciała tracić czasu, więc wstała i ruszyła w kierunku Kat. Zgrabnie przeskoczyła nad torbą, którą ktoś bezmyślnie zostawił na środku przejścia.

Mogłam zginąć.

Kiedy dziewczyna dotarła do przyjaciółki, powtórzyła nieco ciszej: Udało się!

*złączenie perspektyw*

Katie otarła łzy, które stanęły jej w oczach, nie mogąc przestać trząść się ze śmiechu.

- Nathalie. Wiedz, że nawet jeśli zginiemy: było warto. Dla tych kilku cennych minut: było warto - Ślizgonka znów wybuchła gromkim śmiechem. I dołączyło do niej kilka innych głosów. Zwróciła wzrok w kierunku stołu Slytherinu, gdzie panowało poruszenie.

Katie poderwała się i złapała Nathalie za rękę.

- Chodź, to będzie dobre, musimy przy tym być - sapnęła, ciągnąc dziewczynę w stronę Caspiana.

- Ja nadal nie wierzę, że to zrobiłyśmy. Jesteśmy genialne. - Nathalie wysapała, biegnąc za Ślizgonką. - Nie zgnijemy, jeśli nikt się nie dowie.

Katie zerknęła na przyjaciółkę.

- Tyle zachodu i chcesz przegapić przedstawienie? - Kat zatrzymała się gwałtownie. - Ej. APARAT. Zdjęcia! Miałyśmy to udokumentować!

- Mam go - Nat wyciągnęła przedmiot z torby. - O, tutaj, patrz. Spokojnie.

Kathleen odetchnęła.

- Dobrze. Chodź. Bal czas zacząć! - zakrzyknęła, uśmiechając się szeroko i pomknęła w stronę stołu Slytherinu, gdzie podniesione głosy coraz bardziej zaczynały przyciągać uwagę tłumów.

Nathalie, nie myśląc za dużo, ruszyła za Katie.

- O Merlinie... - Blanc wyszeptała, gdy zbliżyły się na tyle blisko, by cokolwiek widzieć.

- Sanesburry, nie dotykaj mnie! - rozległ się krzyk Caspiana, którego ton głosu był podwyższony o oktawę.

- Rób zdjęcia - szepnęła Katie do przyjaciółki, przeciskając się przez tłum, by lepiej widzieć.

Caspian, z zaczerwienionymi policzkami i mordem w oczach ,wpatrywał się w Denisa, który, równie czerwony, przybliżał się do Ślizgona.

- Nie uciekaj! Natura nas dla siebie stworzyła! - wykrzyknął Denis z rozmarzonym uśmiechem.

Przez tłum przeszła salwa śmiechu.

- Sanesburry, natura stworzyła cię dla żartu, mnie w to nie mieszaj i... NIE DOTYKAJ MNIE, ANI KROKU DALEJ - Caspian zaczął obmacywać swoją szatę w poszukiwaniu różdżki, jednak panika na jego twarzy pokazała, że nie mógł jej znaleźć.

- Po prostu powiedz że mnie kochasz - krzyknął płaczliwie Puchon.

- Gardzę tobą! - wycedził Caspian.

- Nie musisz udawać! Miłość to wszystko, czego potrzebujemy! Zabiorę cię na drugi koniec tęczy!

- JAKIEJ TĘCZY!? - wrzasnął Mystere, przekrzykując śmiech tłumów.

- Ej, kochasie, znajdźcie sobie pokój na te rzeczy! - krzyknęła Katie, chowając się za jakimś wysokim chłopakiem. Dzika radość, która ogarnęła publiczność, przekonała Caspiana, że to czas na odwrót.

A Denisa: na atak.

Gdy tylko Puchon zrobił kolejny krok w stronę Ślizgona, tamten przecisnął się przez tłum i ruszył w stronę drzwi.

- Denis, miłość ci ucieka! - ponownie odezwała się Katie, powstrzymując łzy śmiechu.

Nathalie udało się uwiecznić tę pamiętną chwilę na kilku zdjęciach. Sama nie wiedziała, co śmieszyło ją bardziej: ta sytuacja, czy fakt, że to dopiero początek.

Popłakała się ze śmiechu.

Jesteśmy okrutne. Pomyślała i wybuchła dziwnym chichotem.

Denis, gdy tylko zorientował się, co zaszło, z dzikim spojrzeniem pognał za Caspianem, któremu nie udało się uciec z Wielkiej Sali, ponieważ kilku Gryfonów skutecznie uniemożliwiło mu przejście.

- Od dziś zaczynam bardziej lubić twój dom - Katie wyszczerzyła się w stronę Nathalie i pobiegła za Denisem, nie chcąc uronić choćby sekundy z tych pięknych chwil.

Caspian, zajęty kłótnią z Gryfami, nie zauważył Torpedy z Hufflepuffu, która owinęła ciasno ramiona wokół jego szczupłego ciała.

- Mmm... jaki jesteś umięśniony - wymruczał Denis.

Katie zaczęła się hiperwentylować ze śmiechu.

- Zdjęcia... - wykrztusiła, - zdjęcia!

- NIE DOTYKAJ MNIE - wrzasnął wysokim tonem Ślizgon, próbując odepchnąć Puchona, wyglądającego jak koala, wczepiony w gałąź. Zaczęli się szamotać, a cała Wielka Sala obserwowała z dzikim śmiechem.

- Merlinie! Odkryłam swój talent. Potrafię robić zdjęcia z prędkością światła - Nathalie wydukała, co chwilę robiąc przerwę, by się zaśmiać. - To będą pamiątki dla potomnych. Lena i Andrew się spisali.

Denis nie dawał za wygraną. Wyciągał swoje pulchne palce w kierunku Caspiana. Patrzył na niego łapczywie i z pełnym uwielbieniem. W pewnym momencie rzucił się na podłogę i uczepił nogi Ślizgona, niczym miś koala.

- To było dziwne - Nat szepnęła do Katie, jednocześnie robiąc fotki.

Katie nie była w stanie odpowiedzieć. Uczepiła się ramienia Nathalie, żeby się nie przewrócić i z trudem łapała oddech.

- To jest więcej niż wspaniałe. To jest spełnienie moich marzeń - wykrztusiła poprzez śmiech. - No weź zobacz na minę Caspiana.

A Caspian wyglądał, jakby ktoś mu przyłożył patelnią. Zaczął wierzgać nogą, próbując strząchnąć nadgorliwego Puchona.

- SANESBURRY, TWOJE DNI SĄ POLICZONE, PUSZCZAJ, BRZYDZĘ SIĘ TOBĄ, NIECH GO KTOŚ WEŹMIE - szarpnął nogą jeszcze raz. I przewrócił się.

Tłum zamarł, patrząc na zazwyczaj opanowanego i pełnego ogłady Caspiana, który teraz leżał na podłodze z szaleństwem w oczach, rozwichrzonymi włosami, czerwonymi policzkami i Puchonem, przyczepionym do nogi.

Chwila ciszy minęła i teraz Wielka Sala była wypełniona śmiechem.

- I tak upada potęga. Dosłownie - Katie już nie powstrzymywała łez, sytuacja była tego warta. - Zdjęcia. Musimy to mieć na zdjęciach! Boże, zabiję się, jeśli nie będę miała fotki!

- Będziemy miały mnóstwo zdjęć. Już ja o to zadbam. Właściwie...

- Twoje łydki są takie umięśnione!

Słysząc wypowiedź Denisa, Nat kompletnie zapomniała, co chciała powiedzieć. Teraz po prostu stała i płakała. Nie miała siły dłużej się śmiać, brzuch i policzki ją bolały, ale to nie był koniec.

- ZOSTAW MNIE! NIE DOTYKAJ MOICH NÓG!

Słysząc to, Puchon wzruszył ramionami i zaczął gładzić ramiona Caspiana.

- Hm, ręce też są niesamowite - wymruczał Denis. - A dłonie! Dłonie są takie gładkie! Już nigdy ich nie puszczę!

Mina Caspiana sugerowała, że chłopak zaraz zwymiotuje.

- PUŚĆ. MNIE. TERAZ.

Katie nie dała rady. Przyklękła na ziemi, bo obawiała się, że za chwilę straci oddech ze śmiechu.

Zakryła twarz dłońmi, krztusząc się.

- O mój Boże - wykrztusiła piskliwym głosem. - Nie wierzę!

Tak samo nie wierzył Caspian. Jego twarz przedstawiała wyraz "wiem, że to tylko koszmar i zaraz się obudzę". Jednak chłopak nie wiedział, że będzie tylko gorzej.

- Dummheit, frajerze, gdzie moja różdżka! Daj mi ją natychmiast! - zawołał, ostatnim krzykiem zdrowego rozsądku.

Jednakże wybrał źle, ponieważ Dummheit wpatrywał się w swojego kolegę z niezrozumieniem. - Zrób coś... SANESBURRY, NIE! NIE! NIE! - Caspian wyrywał się, próbując dopaść do wyjścia, jednak Denis był nieugięty.

Nathalie nie wierzyła własnym oczom i uszom. To, co się właśnie działo, przekraczało jej najśmielsze marzenia.

Jakimś cudem Caspianowi udało się wyswobodzić z żelaznych objęć Puchona. Ślizgon już miał uciec, lecz Denis złapał go za ramię.

- Wiem, że to może być szalone... ale zamieszkajmy razem - wypowiedział to zdanie z śmiertelną powagą.

Tłum już nawet się nie śmiał, oni płakali.

- NIGDY! ZOSTAW MNIE! - Caspian był coraz bardziej spanikowany.

- Co? Dlaczego, Kwiatuszku? - Denis zmarszczył czoło. - Aha, już wiem - Puchon klęknął i złapał dłoń Ślizgona.

- Nie, nie, nie. Nie wierzę - wyszeptała Nathalie.

Denis nie zwracał uwagi na publikę i kontynuował.

- Kwiatuszku, czy zechciałbyś mnie uszczęśliwić i...

- NIE! NIE! MERLINIE! NIE! - Caspian wyrwał rękę i próbował z siebie strzepnąć pozostałości dotyku Denisa. - OBRZYDLIWOŚĆ. TO MUSI BYĆ SEN - pobiegł w kierunku wyjścia.

- Kwiatuszku! Zaczekaj!

- ON CHCE, DENIS, ON CHCE! - wydarła się Katie, już nie myśląc o innych. Za bardzo się śmiała, żeby myśleć. Ślizgonka poderwała się z ziemi. - Nat, za nimi, teraz! - wykrzyknęła, ruszając za Caspianem i Denisem. Miała zamiar to zobaczyć, nawet jeśli to miałaby być ostatnia rzecz do zrobienia w jej życiu.

Caspian przedstawiał plątaninę paniki, przerażenia, rozpaczy i żałości. I Katie miała zamiar zapamiętać ten widok do końca życia.

- ZRÓBCIE COŚ Z NIM! - wydarł się, mocując się z drzwiami.

Dziewczyny ruszyły w pogoń za ofiarami ich zemsty. Przebijały się przez tłum, używając łokci.

- Nie wierzę - Nathalie powtórzyła po raz tysięczny.

Gdy wybiegły na korytarz, nigdzie nie mogły namierzyć chłopców. Po chwili gorączkowego rozglądania się, Katie krzyknęła: Tam!

Wtedy Nathalie to ujrzała. Denis stał pod zamkniętymi drzwiami do, prawdopodobnie, komórki na miotły.

- Idź sobie! - głos Caspiana drżał.

Katie wyszczerzyła się i spojrzała znacząco na Nathalie.

- Przypomnij mi, dlaczego tak bardzo nie znoszę Mystere'a, bo chcę zrobić coś bardzo paskudnego i potrzebuję motywacji - to był definitywnie jeden z najlepszych dni w jej życiu.

- Nie wierzę - Nathalie nie była w stanie powiedzieć nic innego.

- Okej, to mi wystarcza - odpowiedziała Katie i podeszła do Denisa, przyklejonego do drzwi komórki. Klepnęła go lekko w ramię. - Ej. Denis, Den, skarbie - zachichotała. - Pomóc ci? - szepnęła cicho, mając nadzieję, że Caspian nie słyszy jej zza drzwi. Denis zdawał się jej nie dostrzegać.

- Caaaaspiś - jęknął Puchon, przykładając policzek do drewna. - Chodź do mnie... słyszę bicie twojego serca! Bądź ze mną!

Katie parsknęła. Tak brzmi przerażenie, Denisie.

- Denis! Pomogę ci go wyciągnąć - szepnęła ostro do ucha chłopakowi i dopiero wtedy zwrócił na nią uwagę.

- Ale jak? - zapytał żałośnie i Katie z przerażeniem, zmieszanym z rozbawieniem, zauważyła łzy w jego mętnych oczach.

- Idź tam za róg, dobrze? Idź za róg i czekaj. Caspian zaraz przyjdzie, obiecuję - powiedziała cicho.

Za rogiem była klasa Numerologii, gdzie za chwilę zaczynały się zajęcia. Katie była pewna, że jeśli profesor Bubbling zauważy Caspiana, nie pozwoli mu na ominięcie lekcji. A wtedy nie będzie ucieczki.

Gdyby mogła, to zaśmiałby się szatańsko.

- Ale on jest tu! Muszę pilnować mojego serd-

- Obiecuję! Wyciągnę go! Caspian cię nie pokocha, jeśli tam nie pójdziesz. Sam tak powiedział!

Denis rozszerzył szeroko oczy.

- NIE ZAWIODĘ CIĘ, PROMYCZKU! - wrzasnął w stronę komórki i pobiegł szybko w lewą stronę. Katie odczekała chwilę i przybliżyła się do drewnianych drzwi.

- Mystere? - zapytała spokojnie, zastanawiając się, jak to możliwe, że jeszcze nie popłakała się ze śmiechu.

Cisza.

- Caspian? Jesteś tam? - Katie zmarszczyła brwi. - Halo?

Może zemdlał? Ja bym zemdlała.

- Malice? - po chwili ze środka komórki dobiegł słaby głos. Kathleen westchnęła z ulgą.

Dobrze.

- Tak. Żyjesz? - Ślizgonka przycisnęła ucho do drzwi.

- A jak ci się wydaje? - odpowiedziało jej ciche warknięcie. Postarała się nie zachichotać.

- Możesz wyjść, Sanesburrego tu nie ma.

- I mam uwierzyć, ponieważ?...

- Ponieważ nikt przez ostatnią minutę nie nazwał cię "kwiatuszkiem"? - mimowolnie zachichotała.

Ponownie nastała cisza.

- Naprawdę go nie ma?

Katie zastanawiała się, w jak bardzo złym stanie musi być chłopak, skoro tak łatwo jej uwierzył.

- Naprawdę, poszedł na ciebie czekać pod Zaklęciami.

- Dlaczego pod Zaklęciami? - jego głos był coraz bardziej roztrzęsiony, choć najwyraźniej próbował go opanować.

- Bo nie wie, że teraz Numerologia. Nie musisz dziękować - Katie wyszczerzyła się diabelsko.

Serio, nie musisz.

- Malice... nie kłamiesz?

- Mystere, przysięgam na moją różdżkę, Denis Sanesburry wyniósł się stąd.

Katie przez chwilę zastanawiała się, czy Caspian jej uwierzył. Teoretycznie nie kłamała, Denisa naprawdę nie było z nimi.

W końcu do jej uszu dobiegło ciche "klik". Ślizgonka odsunęła się od drzwi, zza których wystawił głowę Caspian Mystere. Jego twarz była niemożliwie blada, a w oczach czaiła się panika.

Katie prawie mu współczuła. Prawie.

Gdy chłopak upewnił się, że Kathleen mówi prawdę, wyszedł z komórki i odetchnął ciężko, przeczesując dłonią włosy, które i tak już były w całkowitym nieładzie. Wyglądał na całkowicie zagubionego.

Katie mimowolnie zauważyła, że to dodawało mu uroku, wyglądał prawie jakby miał ludzkie uczucia.

Ale to było bardzo mimowolne spostrzeżenie, które natychmiast wyparła.

- Nie kłamałam. Jestem porządnym Ślizgonem - powiedziała, podpierając boki rękoma. Caspian zacisnął usta w cienką linię.

- Porządny Ślizgon by skłamał - skomentował, choć bez swojej typowej werwy. Katie wzruszyła ramionami.

- Więc masz szczęście, że jestem jaka jestem. Na twoim miejscu bym się ulotniła, Denis łatwo się nie poddaje. Wieloletnie doświadczenie - pokiwała z przekonaniem głową, siląc się na naturalność.

Caspian odetchnął i rzeczywiście chciał pójść.

- Ale nie w tym kierunku! - krzyknęła Katie. - Tam poszedł Denis.

Kathleen rzuciła Nathalie znaczące spojrzenie, gdy Ślizgon bezwiednie zmienił kierunek marszu.

Nathalie stała z szeroko otworzonymi ustami i nie bardzo wiedziała, co powinna powiedzieć. Po chwili rzekła:

- Chciałabym zabłysnąć jakąś wyrafinowaną, zabawną wypowiedzią, ale wciąż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.

Katie wyszczerzyła się, kręcąc głową.

- Będziemy się smażyć w piekle. Będziemy się smażyć w piekle i będziemy konkurencją dla diabła - przeczesała włosy ręką, wzdychając ciężko. - Wkręćmy się na Numerologię! To będzie bezcenne! - krzyknęła, łapiąc Nathalie za ramiona.

- Jesteś pewna, że warto? To jest, no wiesz, Numerologia - Blanc wzdrygnęła się. - A poza tym, jak niby zamierzasz to zrobić?

Katie uniosła brwi.

- Godzina obserwowania Denisa, zalecającego się do Caspiana, który nic nie może zrobić i miałybyśmy to przegapić ze względu na kilka cyferek? Raz się żyje! - krzyknęła, wciąż mając przed oczami denisowe wyznania.

- W sumie, to masz rację. Raz się żyje! Zróbmy to!

- Ku przygodzie! - krzyknęła Katie i ruszyła korytarzem, mając nadzieję, że zdążą na najlepszą część przedstawienia.

Gdy dziewczyny dotarły do celu, uczniowie właśnie wchodzili do klasy.

- Ale...

- Panie Mystere, trochę powagi, proszę do środka.

- Pani-

- Mystere, to klasa owutemowa, nie klub gargulkowy, trochę powagi!

Katie wyszczerzyła się. Przy profesor Bubbling nie istniało słowo "negocjacje".

I ciężkie westchnięcie Caspiana świadczyło o tym, że chłopak także zdawał sobie z tego sprawę.

- Nie martw się, kochanie, jestem z tobą - nosowy głos Denisa rozległ się zza pleców Ślizgona, a pulchna ręka wylądowała na caspianowym ramieniu.

Profesor Bubbling spojrzała na chłopców wzrokiem, mówiącym "nie wiem i nie chcę wiedzieć", po czym nakazała im ręką wejście do klasy.

Nathalie i Katie postanowiły uderzyć, gdy wszyscy zajmą swoje miejsca.

- Dziewczynki, zgubiłyście się, czy was nie pamiętam?

To chyba miał być żart.

- Haha - Nat zaśmiała się przez zaciśnięte zęby. - Pani profesor, po prostu z koleżanką pomyślałyśmy, że chciałybyśmy sprawdzić się w tym przedmiocie. Wie pani, upewnić się, czy przypadkiem nie popełniłyśmy życiowego błędu, zapisując się na Runy, zamiast na Numerologię... Dzisiaj akurat mamy wolny poranek, więc...

- Więc uznałyśmy, że spożytkujemy go mądrze i wartościowo. I zastanawiamy się, czy jest taka możliwość, jeśli to nie problem, żebyśmy mogły wejść na zajęcia i poobserwować chwilę - dokończyła Katie, przywołując na twarz uśmiech "co złego, to nie ja".

Zmarszczki na czole profesor Bubbling pogłębiły się.

- Cieszę się, że doceniłyście mój przedmiot, ale czy nie sądzicie, że jest odrobinę zbyt późno, żeby...

- Bardzo nam zależy! Naprawdę. Nie będziemy przeszkadzać. Słowo harcerza! - Katie uniosła dwa palce w górę z śmiertelnie poważną miną.

Bubbling najwyraźniej postanowiła nie wnikać, czym u licha jest "harcerz" i machnęła ręką w geście zezwolenia.

- Udało się. To aż dziwne i podejrzane - Nat szepnęła Katie na ucho.

- To nic, to nic. Cieszmy się chwilą - odszepnęła Katie z szerokim uśmiechem i wkroczyła do klasy, rozglądając się za wolnym krzesłem.

Ku swojej radości zauważyła, że Denisowi udało się ugrać miejsce obok nieszczęśliwego Caspiana. I z jeszcze większym zadowoleniem Katie zauważyła wolną ławkę za chłopcami. - Mega - mruknęła pod nosem.

Podążając za Katheen, Nathalie minęła Daniela.

- Cześć - wyszeptał nieco zbity z tropu. Nie wiedział co się dzieje, ale nie można go było za to winić. Nat też nie wiedziała, co się dzieje.

- Cześć - Gryfonka odpowiedziała i ku jej zaskoczeniu nie poczuła absolutnie nic. Postanowiła to przemyśleć później.

Przyjaciółki zajęły miejsce i czekały na rozwój wydarzeń.

Katie spojrzała z podekscytowaniem na Nathalie i uśmiechnęła się szeroko.

- To będzie niesamowite - szepnęła, splatając palce i wlepiając wzrok w plecy Caspiana.

Ślizgon na chwilę przestał odpychać od siebie ręce kolegi z Hufflepuffu i odwrócił się. Spojrzał z zaskoczeniem na Katie, a następnie zmrużył ze złością oczy.

- Czego tu szukacie? - syknął.

- Dawno zagubionej miłości do Numerologi - odpowiedziała niewinnie Katie.

- Ledwo jesteś w stanie policzyć, ile masz nóg - prychnął.

- I właśnie dlatego to jest dawno zagubiona miłość - Ślizgonka wyszczerzyła się. Nim Caspian zdążył odpowiedzieć, ramiona Denisa owinęły się wokół jego pasa.

- Moje oczy są tu, Serdelku - wymruczał Puchon, opierając policzek na plecach Mystere'a.
Caspian zrobił się zielony na twarzy, a Katie uderzyła czołem w ławkę, nie widząc innego sposobu na powstrzymanie wybuchu śmiechu.

Nathalie potrafiła tylko siedzieć i próbować nie wybuchnąć śmiechem.

Myśl o nadchodzących eliksirach. Myśl o nadchodzących eliksirach.

Denis odwrócił się w jej stronę i zapytał szeptem:

- Masz może kawałek pergaminu?

- Yyy. Jasne... - Gryfonka pogrzebała w torbie i podała mu to, o co prosił. - Ale po co ci ten per...

Denis zbył ją machnięciem ręki.

Nie wnikam.

Po chwili Puchon odwrócił się i kiwnął palcem na Nat. Dziewczyna odruchowo się pochyliła.

- Czy mogłabyś podać to Caspianowi? - wyszeptał, opluwając przy okazji ławkę i podał jej złożony papier, który wcześniej mu pożyczyła.

- Ale... ale siedzisz obok niego. Nie możesz sam mu podać?

Denis spojrzał na nią, jak na idiotkę.

- Nie, głuptasie. Wtedy będzie wiedział, że to ode mnie.

Dziewczyna postanowiła nie uświadamiać go i nie powiedziała, że Ślizgon prawdopodobnie słyszał tę konwersację. Wzięła papier.

Nie mogła się powstrzymać i zerknęła, co napisał.

Myślała, że się popłacze.

"Ucieknijmy razem na koniec świata.
Twój tajemniczy wielbiciel"

Dodanie słowa 'tajemniczy' załatwiło sprawę i po policzkach Nathalie spłynęły łzy. Jednak po chwili wzięła się w garść.

- Pst, Caspian.

Chłopak odwrócił się niechętnie.

- Czego chcesz, Blanc?

- Masz - wcisnęła mu kartkę do ręki. - Nie pytaj, ja tylko przekazuję wiadomość.

Caspian zmarszczył brwi i wziął ostrożnie kawałek pergaminu. Jego mina wskazywała, że nie wierzył w dobre zakończenie tej historii.

Zerknął na kartkę. Przez chwilę wpatrywał się w nią bezmyślnie, następnie zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

Po chwili wypuścił powietrze, a razem z nim kilka nieładnych przekleństw.

Denis uniósł kilka razy brwi i ukradkiem położył dłoń na kolanie Caspiana.

- Mmm... Lubię, gdy mówisz do mnie brzydko... niegrzeczny... - wymruczał.

Twarz Caspiana przedstawiała wyraz czystego obrzydzenia.

- SPOCONE ŁAPY PRZY SOBIE, SANESBURRY! - wrzasnął, podrywając się z krzesła.

Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Po klasie rozniosło się kilka chichotów.

- To dlatego, że gorąco mi, gdy na ciebie patrzę, kotku!

Katie ukryła twarz w dłoniach.

- Salazarze. Wiedziałam, że na świecie jest sprawiedliwość. Dziękuję ci za ten dzień - łzy śmiechu mogły być łzami wzruszenia.

Nathalie myślała, że wyczerpała limit śmiechu na kolejne dwa lata, ale myliła się. Jej wzrok spotkał się z wzrokiem Daniela. Chłopak uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała tym samym.

Ach, to napięcie. Iskry lecą.

Westchnęła i spojrzała na Caspiana. Wyglądał, jakby miał zwymiotować. Nat wcale mu się nie dziwiła. Denis pod wpływem eliksiru był obrzydliwy. Zabawny też, ale głównie obrzydliwy.

- Panie Mystere, pan chyba zapomniał, gdzie pan się znajduje! - ostry głos profesor Bubbling przerwał chichoty.

- W piekle - wymamrotał Ślizgon, co nie uszło uwadze nauczycielki.

- Slytherin traci dwadzieścia punktów! Na miejsce, panie Mystere!

Katie skrzywiła się.

- Okej, tego nie planowałam - mruknęła do Nathalie. Dwadzieścia punktów niemała rzecz.

Caspian opadł ciężko na krzesło i odsunął się jak najdalej od Denisa.

- Słowo, Sanesburry, a nie wyjdziesz z tego żywy - syknął Caspian, sztyletując wzrokiem Puchona.

Katie uznała ten moment za idealny do wtrącenia jej pięciu knutów.

- Kłopoty w raju? - szepnęła z szerokim uśmiechem.

Mystere odwrócił się, by fuknąć na dziewczynę, jednak zamarł. Zmrużył oczy, zatrzymując je na twarzy Katie, a potem przenosząc je na Nathalie. A potem znów na Katie.

- Ty... Wy... - zaczerpnął ostro powietrze. - WY! - warknął, celując w dziewczyny oskarżycielsko palcem.

Kathleen nie próbowała ukryć uśmiechu czystej satysfakcji.

- Skup się na lekcji, Caspianie, dziś straciłeś limit na tracenie punktów dla naszego domu - powiedziała z niezmąconym spokojem.

- To mi akurat nie przeszkadza - wtrąciła Nat ze złośliwym uśmieszkiem.

Katie i Caspian spiorunowali ją wzrokiem.

Gryfonka uniosła dłonie w obronnym geście i wróciła do udawania, że uważa na lekcji.

Przez chwilę trwał spokój. Jedynym dźwiękiem był monotonny głos profesor Bubbling.

Katie miała wrażenie, że gdyby dobrała sobie Numerologię jako przedmiot dodatkowy, popełniłaby największy błąd swojego życia.

Mimochodem martwiła się, że Denis traci swój miłosny zapał.

Niepotrzebnie.

Nagle ciszę rozdarł potworny ryk, który mógłby rozedrzeć na strzępy kamiennego golema.
Jego źródłem był Denis.

Katie dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to płacz w wykonaniu chłopaka. Lament.

Słone krople spływały po ogniście czerwonych policzkach Puchona, a on krztusił się swoimi łzami, szlochając gorliwie.

Wszystkie spojrzenia ponownie skierowały się w stronę ławki Caspiana i Denisa.

- Panie... Sa... panie Sanesburry, co pan najlepszego wyrabia? - nauczycielka próbowała interweniować, jednak odpowiedzą był jeszcze mocniejszy wybuch płaczu.

Caspian wpatrywał się z oszołomieniem w Puchona, tak samo jak Katie.

No tego, to się nie spodziewałam.

A Denis płakał dalej.

Profesor Bubbling znalazła się przy nim.

- Panie Sanesburry, co... co się dzieje? - niezręcznie wyjąkała.

- Bo... bo... - chłopak próbował wykrztusić przez szloch. - Bo on... bo on mnie nie chceee - zachlipał i uderzyła kolejna fala łez. - Dl...dlaczego mnie nie... nie kochasz? - płakał dalej. - JESTEŚ MOIM ŻYCIEM! - ryknął, a kolejna salwa szlochu wstrząsnęła nim na tyle, że omal nie zleciał z krzesła.

Caspian wyglądał, jakby nie wiedział, czy powinien uciec, czy przekląć Puchona jak stąd na Marsa, czy udawać, że nic się nie dzieje.

Katie tylko gapiła się z szeroko otwartymi oczami.

Okej. TEGO się nie spodziewałam.

Ślizgonka spojrzała niepewnie na Nathalie.

Gryfonka zmarszczyła brwi. To chyba jednak nie było śmieszne. Nie wiedziała, co powinna zrobić. Zanim rozum zdążył powstrzymać serce, dziewczyna powiedziała:

- Denis, uspokój się. Będzie dobrze...

- DOBRZE? TY ŚMIESZ MI MÓWIĆ, ŻE BĘDZIE DOBRZE?! TO TWOJA WINA!

Nat nie wiedziała, co się dzieje.

- Denis, ja..

- UWIODŁAŚ GO! MUSIAŁAŚ MU COŚ DOPISAĆ NA LIŚCIKU! NIE POWINIENEM CI UFAĆ!

Cała klasa gapiła się na nich i chichotała po cichu. Nauczycielka miała minę typu: "Zabierzcie mnie stąd!"

Katie wpatrywała się przez chwilę w Caspiana, Denisa i Nathalie.

W końcu zwróciła się do przyjaciółki, nie mając innego pomysłu.

- Bredzi, czy serio jest coś na rzeczy? Bo jest na tym świecie kilka rzeczy, których nie jestem w stanie zaakceptować - powiedziała, marszcząc brwi.

- I TY! - wrzasnął Denis, nim Gryfonka mogła odpowiedzieć, mierząc oskarżycielko palcem w Katie. - MÓWIŁAŚ, ŻE MNIE KOCHA! KŁAMCZYŁAŚ! KŁAMCZYŁAŚ MI, KATIE!

Ślizgonka zbladła, czując, jak jest zabijana spojrzeniem Caspiana.

Poderwała się. No co to, to nie!

- WCALE NIE MÓWIŁAM, ŻE CIĘ KOCHA, TYLKO ŻE MA ŁADNE OCZY, POCZUJ RÓŻNICĘ! - krzyknęła, krzyżując ręce w obronnym geście.

Dopiero potem zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie nie zabrzmiało to zbyt dobrze.

Wszystkie oczy i uszy były skierowane na nich.

Czy to już jest czas na ewakuację?

Ślizgonka zerknęła na Nathalie, szukając odpowiedzi.

Nathalie zerknęła na swój nadgarstek, na którym wcale nie było zegarka.

- No więc, tego... Miło było, ale na nas już pora. Prawda, Katie?

- Pełna prawda, bez kłamczenia! - poparła gorliwie Ślizgonka, robiąc krok ku drzwiom.

- Malice, Blanc, wy... - zaczął Caspian, podrywając się, jednak ten moment profesor Bubbling wybrała na wybudzenie się z szoku.

- CAŁA CZWÓRKA WYNOSIĆ SIĘ Z MOJEJ LEKCJI! KAŻDY DOM TRACI PO PIĘĆDZIESIĄT PUNKTÓW! JAZDA!

Katie zmarszczyła brwi.

- Ravenclaw też? - dorzuciła, obserwując buraczany odcień policzków pani profesor.

- TEŻ! WSZYSCY MI SIĘ WYNOSIĆ!

- Tak jest! - Katie krzyknęła i wyciągnęła za rękę Nathalie z klasy, nie czekając na dotarcie do nauczycielki faktu, że żaden z nich nie był Krukonem.

- A teraz biegnij, jeśli ci życie miłe! - sapnęła, natychmiast zrywając się sprintem po przekroczeniu progu klasy.

Było wiele rzeczy na świecie, których Katie wolała uniknąć.

Rozsierdzony do granic możliwości i zdolny do wszystkiego Caspian Mystere był jedną z nich.

- BLANC! MALICE! DORWĘ WAS! - głos Caspiana niósł się echem po korytarzu.

- Powinnyśmy przyspieszyć. - powiedziała Nat, ciągnąc Katie w niewiadomym kierunku.

Po kilku minutach biegu uznały, że są bezpieczne.

- Myślisz, że mamy bardzo przechlapane? - Gryfonka zapytała, ciężko dysząc ze zmęczenia po biegu.

- Myślę, że już możemy wysyłać zaproszenia na nasz pogrzeb - sapnęła Katie, opierając się o ścianę. Zaśmiała się. - Ale gdy będziemy umierały w męczarniach, pamiętaj: było warto - odetchnęła ciężko, odgarniając rozwichrzone włosy z twarzy. Przymknęła oczy i parsknęła. - Właśnie ten wyraz twarzy Caspiana chcę pamiętać w momencie mojej śmierci - powiedziała z chichotem.

- Ale przyznaj, że wybuch Denisa nie był śmieszny. Miałam wrażenie, że mnie zabije. Te jego rozwścieczone spojrzenie - zimny dreszcz przeszedł po plecach Nathalie. - Powinnyśmy się pozbierać i iść na lekcje. Dzisiaj będzie wyjątkowo ciekawy temat na transmutacji. Jestem podekscytowana od kilku dni...

- Po pierwsze: O MÓJ BOŻE, ZAPOMNIAŁAM O NASZYCH LEKCJACH! A po drugie: dzień, w którym transmutacja stanie się ciekawa, będzie dniem, w którym ja oświadczę się Denisowi - prychnęła Ślizgonka. Zmarszczyła brwi. - I jeśli znów spóźnię się na Zaklęcia, nawet anielska cierpliwości Flitwicka się skończy. Swoją drogą kto by pomyślał, ile miłosierdzia może być w tak małym człowieczku - zachichotała, pomijając fakt, że sama nie była wiele większa.

- A ja chyba powinnam zgłosić się do McGonagall, ale jakoś mnie do tego nie ciągnie. Sama rozumiesz. Mniejsza z tym. Idąc na lekcje, wystawię się na ostrzał niezręcznych pytań ze strony Leny i Andrew. No niefajnie, ale trzeba z tym żyć.

Katie zmarszczyła brwi.

- Powiedz im, że Slytherin stracił dziś siedemdziesiąt punktów. To powinno ograniczyć wszelkie pytania - skrzywiła się. - Ale możesz pominąć fakt, że inne domy straciły po pięćdziesiąt - wyszczerzyła się. - W tym Ravenclaw - Ślizgonka roześmiała się, kręcąc głową.

- Taa, pięćdziesiąt punktów. Bardzo niefajnie - Nat westchnęła. - To co? Do zobaczenia na eliksirach, jeśli uda nam się przeżyć!

- Ja sądzę, że wielkie bum! będzie dopiero na eliksirach - wymamrotała Katie, uświadamiając sobie, że będzie przez pełne podwójne eliksiry z Caspianem w jednej ławce. Zadrżała.

To się nie skończy dobrze.


***

Katie i Nathalie zjawiły się pod klasą wcześnie, co było kompletnie do nich niepodobne. Gryfonka była wciąż podekscytowana minioną Transmutacją i cały czas opowiadała przyjaciółce o nowych, bardziej zaawansowanych sposobach transmutowania, których się właśnie nauczyła. Ślizgonka, wbrew swej naturze, starała się być uprzejma i wtrącała słówka, takie jak: "wow", "fajnie" w odpowiednich momentach.

- To całkiem ciekawe - Katie powiedziała po raz kolejny bez większego entuzjazmu. Nieważne jak bardzo się starała, wzbudzanie w niej zapału do transmutacji było równie skuteczne jak uczenie gumochłona stepowania.

Westchnęła, przykładając większą wagę do szczelin na ścianach lochów niż wykładu przyjaciółki. Były sytuacje, w których Katie, nieważne jak miała dobre intencje, nie umiała słuchać.

I choć nawet pod Cruciatusem by tego nie przyznała: obawiała się nadchodzących eliksirów. A bardziej tego, w jak złym stanie wyniosą ją do Skrzydła Szpitalnego, bo znając zdolności Caspiana Mystere'a, z pewnością nie wyjdzie w jednym kawałku. I nie samodzielnie.

- Halo? Ziemia do Katie. Jesteś tam jeszcze?... Bez odbioru - Nathalie machała dłonią przed oczami przyjaciółki - Słuchasz mnie w ogóle?

Katie zamrugała.

- Poniedziałek - odpowiedziała Ślizgonka, zastanawiając się, gdzie miała przed chwilą swój umysł. - Okej, a tak naprawdę, to nie wiem jak brzmiało pytanie - uśmiechnęła się przepraszająco. - Ale się starałam! Naprawdę. Chęci miałam piękne. Po prostu reszta nie wyszła.

- Twoje chęci kiedyś nas zgubią, zobaczysz - Nat szturchnęła Katie w ramię. - Pytałam, czy nie boisz się trochę, jak to wszystko się potoczy. No wiesz, Denis, Caspian, my, szpital, ewentualnie od razu cmentarz. Lubię swój optymistyczny humor.

Katie westchnęła.

- Zakładam, że z eliksirów wyniosą nas w plastikowych workach... - powiedziała powoli, - ale co by nie było: było warto! - dokończyła dziarsko, choć pogody ducha nie miała w sobie za krzty. Po ochłonięciu i gruntownym przemyśleniu uznała, że może Wielka Zemsta nie była zbyt dobrym pomysłem. A w każdym razie niezbyt bezpiecznym.

Stanęły przed salą do eliksirów. Pod klasą nie było zbyt wielu osób, jednak pora była zbyt wczesna, a spóźnianie się na poniedziałkowe eliksiry było w wielu przypadkach tradycją, której nikt nie chciał łamać.

- Cóż, pozostaje nam cicha modlitwa.

Przez resztę czasu, dziewczyny stały w milczeniu, od czasu do czasu wtrącając jakąś nieistotną uwagę. Uczniowie powoli się zbierali.

O wyznaczonej godzinie Snape otworzył drzwi klasy. Wyglądało to jak zwykłe otwieranie drzwi, lecz Nathalie skojarzyło się ze smokiem, budzącym się z głębokiego snu w swej mrocznej (i śmierdzącej) pieczarze.

Katie odetchnęła głęboko i rozejrzała się ukradkiem. Nigdzie w pobliżu nie było widać Caspiana. To oznaczało, że albo chłopak stchórzył i są wybawione, albo że przyszykował jakiś paskudny odwet z zaskoczenia i są zgubione.

Ślizgonka wkroczyła do sali i zauważyła, że stoliki i krzesła zostały inaczej ułożone.

- Po dwie pary na stolik - wycedził Snape, nie kłopocząc się spojrzeniem na uczniów.

Kathleen wzruszyła ramionami i zaciągnęła Nathalie do jednego ze stanowisk, modląc się, by partnerzy jej i Nat nie pojawili się i aby jakaś miła para uczniów bez skłonności sadystycznych dołączyła do nich.

- Snape coś kombinuje. Coś mi tu śmierdzi... - Nat powiedziała ściszonym głosem.

- Myłem się, więc to nie ja - Andrew pojawił się znikąd.

- Nie byłabym taka pewna - Gryfonka wyszczerzyła się.

- Niczego nie można być pewnym - chłopak wzruszył ramionami. - Tak w ogóle, mogę się dosiąść?

- Jasne - Nathalie odpowiedziała mimochodem.

Katie złożyła ręce, modląc się, aby jeszcze jedna osoba usiadła z nimi. Tylko jedna. I żeby nie miała na nazwisko Mystere.

- Koło wzajemnej adoracji ponownie znalazło sposób na połączenie sił - powiedział sarkastycznie Snape, patrząc na stolik, przy którym siedzieli Nathalie, Katie i Andrew.

Ślizgonka tylko wzruszyła ramionami i nachyliła się do Nathalie.

- Ja zaczynam adorować ciebie, czy ty zaczynasz adorować mnie? - szepnęła głośno z rozbrajającym uśmiechem.

- Myślę, że to Andrew zaczyna nas adorować.

Katie spojrzała sceptycznie na Gryfona, stojącego blisko Nathalie. Bliżej niż norma zakłada.

- Taaak - powiedziała przeciągle. - Nas - spojrzała na nich znacząco z szelmowskim uśmiechem.

I wtedy to się stało.

Katie wiedziała, że życie nie może być na tyle proste.

Do sali wszedł On.

Mystere. Pewny siebie jak nigdy dotąd. I szedł ramię w ramię z Denisem.

Katie zaklęła szpetnie pod nosem.

Niedobrze.

Jakie szanse, że obecność Snape'a powstrzyma go przed zamordowaniem nas wszystkich?

Ślizgonka spojrzała na profesora, który wpatrywał się ponuro w uczniów, zapewne zastanawiając się, jak jeszcze bardziej utrudnić im życie.

Żadne. Pewnie jeszcze podpowie mu jakąś paskudną klątwę.

Niedobrze.

Caspian bez oporu zajął miejsce obok Katie i uśmiechnął się szarmancko.

- Witam, drogie panie - skinął głową z przesadną uprzejmością. - Pana - dodał, tym razem z nutką sarkazmu.

Katie spojrzała na niego kątem oka i już wiedziała, że coś się szykuje. I jego uśmiech mówił, że doskonale wiedział, że ona wie.

Niedobrze.

- Nasz piąty członek zespołu - wskazał ręką na pokracznego Denisa, który zajął miejsce po drugiej stronie Katie. I on STANOWCZO przekroczył normę bliskości.

Jestem między Avadą a Kedavrą. Między Denisem a Caspianem. Nawet nie mogę się przesunąć.

NIEDOBRZE.

Kathleen spojrzała spod przymrużonych powiek na Caspiana.

- On nie jest z nami w grupie.

- Teraz już jest - odpowiedział jej tonem, sugerującym, że jest gotowy na kłótnię, którą ma zamiar wygrać.

Ślizgonka zerknęła ukradkiem na Nathalie. To nie wróżyło nic dobrego. Nic.

Caspian nie powinien wchodzić w jakiekolwiek interakcje z Denisem. Żadne.

Niedobrze.

- Przykro mi, ale mamy komplet. Denis będzie musiał dołączyć do innej grupy - Nathalie powiedziała rzeczowym tonem. - No chyba, że chcesz mu ustąpić - dodała nieco bardziej jadowicie.

Caspian uśmiechnął się fałszywie.

- Jestem pewien, że profesor Snape nie będzie miał żadnych zastrzeżeń. Inne grupy także mają komplet. Gdzie twoja koleżeńskość, Blanc? - uniósł brwi.

Katie wywróciła oczami.

- My możemy mieć zastrzeżenia - odparła Katie.

- Doskonale - syknął Caspian. - Masz jakieś zastrzeżenia? - wskazał na Denisa, oczekując od niej odpowiedzi. Katie zerknęła na Puchona i odkryła, że tamten wlepiał w nią swoje spojrzenie.

Poczuła niekomfortowy uścisk w żołądku.

- Jesteście przegłosowani. Trzy osoby na dwie. Wykażcie się odrobiną honoru i zmykajcie - Andrew nawet na nich nie spojrzał. Nie lubił Caspiana prawie tak samo, jak Katie i Nat.

Caspian zmierzył Gryfona lodowatym spojrzeniem.

- Z tego co wiem - powiedział, cedząc wyrazy, - ciebie także tu nie powinno być. Nie masz prawa głosu- uśmiechnął się złośliwie.

Katie, choć chciała wygłosić swoje zdanie, a bardziej tyradę, była za bardzo rozproszona Denisem, ocierającym się o jej ramię.

Co do cholery?

Wykrzywiła usta, patrząc ponownie na Puchona.

- Na Merlina, mógłbyś choć raz nie zachowywać się, jak dziecko i po prostu odejść? - Nat zwróciła się do Caspiana, mrużąc oczy. - Albo chociaż ty, Denisie... Co ty, do siedmiu czarownic, wyprawiasz?

- Naprawdę sądzisz, Blanc, że jesteś odpowiednią osobą do wytykania komuś dziecinności? - Caspian spojrzał na nią znacząco, a następnie na Denisa.

Katie zacisnęła mocniej wargi. Okej. Może jesteśmy... trochę... dziecinne, ale czy kiedyś się z tym kryłyśmy?

Denis natomiast nie powiedział nic, tylko przysunął się jeszcze bliżej Ślizgonki, jeśli to w ogóle było możliwe.

- To moja przestrzeń osobista - powiedziała przez zęby. Choć chciała dorzucić kilka mocniejszych słów, nie mogła się zmusić. Chyba wyczerpała tego dnia limit na podłość dla Puchona.

- Okay, co wy właściwie robicie, co? - Andrew przerwał chwilową ciszę.

- Właściwie czemu tak bardzo wam zależy na miejscu koło nas? Hm? - Nathalie zapytała, marszcząc nos. - Wiem, że jesteśmy niezwykle atrakcyjne i inteligentne, ale niestety, nie macie najmniejszych szans.

Caspian parsknął pod nosem.

- Jestem tu, ponieważ moja pożal-się-Merlinie partnerka postanowiła przy was usiąść - spojrzał bezpośrednio na Katie. - Nie pochwalam. A drogi Denis nie ma pary, ponownie: dzięki obecnej tutaj Malice - powiedział szyderczo.

Katie prychnęła.

- Zastanawiam się, czy wybranie jego na partnera nie byłoby lepszym pomysłem - Katie postanowiła zignorować Denisa, który ostro wciągnął powietrze.

- Nie wiem, jakbym to zniósł - odpowiedział chłodno Caspian.

W tym momencie do stolika zbliżył się Snape.

- Nawet nie wiecie - warknął, - jak serce mi się kraje na myśl, że muszę przerwać tę wzajemną adorację, ale... - wykrzywił usta i zmierzył ich spojrzeniem, - do roboty!

Odszedł, łopocząc swoją czarną szatą.

Dopiero teraz wszyscy spostrzegli instrukcje wypisane na tablicy i pogrążonych w pracy uczniach.

Katie westchnęła.

- Pójdę zobaczyć, czy uda mi się zdobyć trochę składników - mruknęła, widząc, że horda uczniów zdążyła już wprowadzić chaos do szafek z ingrediencjami.

- Idę z tobą! - pisnął Denis, gdy wstała od stolika, przy okazji przewracając krzesło.

Nie. No nie. Nie, nie, nie, nie zgadzam się. Odmawiam. Rozumiesz? OD-MA-WIAM.

- Jak chcesz - wymamrotała i ruszyła w kierunku szafek z Denisem przy swoim ramieniu.

Nathalie nabrała powietrza w płuca i starała się uspokoić. Na marne.

- No, no, Blanc. Widzę, że znalazłaś sobie kolejnego adoratora. Prędko - Caspian mówił tak, jakby nie zauważał siedzącego obok Andrew.

Oddychaj, Nat, oddychaj.

- Zastanawia mnie tylko, co oni w tobie widzą - Ślizgon zaczął bujać się na krześle. - Ani ładna, ani mądra - spojrzał na nią i zmarszczył brwi, jakby w zastanowieniu. - Nie, interesująca też nie - uśmiechnął się złośliwie.

- Odczep się od niej, nadęty pajacu.

- Daj spokój, Andrew. Nie warto.

*z perspektywy Kathleen*

- To się przyda - mruknęła do siebie, wyciągając słoik z podejrzanie wyglądającą substancją. - I to się zda - sięgnęła po kolejny składnik. - Potrzymaj to - powiedziała do Denisa, wciskając mu do rąk przedmioty. - I nie upuść.

Zaczęła szukać dalej.

- Ale ty to ładnie robisz - powiedział Denis z podejrzanym uśmiechem. Katie zmarszczyła brwi, połową umysłu będąc w ingrediencjach.

- Co robię? - wzięła do ręki korzeń czegoś, co było trudne do zidentyfikowania. Obejrzała dokładnie. No, może na coś się przyda.

- No... ten... eliksirujesz - poruszył brwiami i Katie zastygła na chwilę. Co on robi? To brzmi jak flirt. Jak denisowy flirt. Czy on powinien mnie lubić po dzisiejszej akcji?

- Nie ma takiego słowa - odpowiedziała, westchnąwszy.

- Ale się czepiasz - na twarzy Puchona pojawił się głupkowaty uśmieszek i spróbował położyć dłoń na ramieniu Katie. Tyle że zapomniał, że trzymał w niej słoik, który zaraz potem wylądował na ziemi.

- Denis! - warknęła Ślizgonka, schylając się po szklane naczynie. Na ten sam pomysł wpadł i Puchon, przez co dość boleśnie zderzyli się czołami. Katie jęknęła. - Co ty robisz? - starała się nie krzyczeć. Naprawdę się starała.

- No chciałbym ci pomóc, lubię ci pomagać i-

- To zacznij - odpowiedziała ostro i ponownie zaczęła wybierać ingrediencje w pośpiechu.

Co okazało się trudnym zadaniem, ponieważ Denis próbował podać jej każdy przedmiot, po który sięgnęła, przy okazji wyrywając go z jej rąk.

Nie zabiję go. Nie zabiję go. Nie zabiję go.

Przytrzasnął jej palce drzwiczkami szafki.

Dobra. Zabiję go, ale bez świadków.

Katie czym prędzej pognała do stolika, modląc się o koniec zajęć.

*złączenie perspektyw*

Nathalie nie wiedziała, co ma robić. Siedziała między Andrew i Caspianem, którzy teraz piorunowali się wzrokiem. Dziewczyna wyczekiwała nerwowo powrotu Katie, gdyż czuła się pewniej, mając Ślizgonkę przy boku w czasie starć z Mystere'm. Gdy już traciła nadzieję na to, że jeszcze kiedykolwiek ujrzy przyjaciółkę, Kathleen pojawiła się przy ich stoliku.

- Powróciłam zwycięsko! - ogłosiła Katie, kładąc ostentacyjnie składniki na stoliku. Caspian wywrócił oczami.

- Medale rozdamy potem. Spróbujcie nic nie wysadzić - wycedził, zgarniając część rzeczy i zaczynając je przygotowywać.

Katie prychnęła.

- No, skoro Caspian postanowił, że współpraca nie jest dla niego, to może ja rozdzielę zadania, żeby poszło sprawniej - powiedziała, marszcząc brwi i zignorowała mruknięcie ze strony Mystere'a, brzmiące trochę jak "Salazarze, miej nas w swojej opiece".

- Nathalie, posiekaj, proszę, imbir. Andrew, dla ciebie są skarabeusze, możesz je utrzeć? Ja przygotuję bazę i Denis... - spojrzała sceptycznie na Puchona, który aktualnie drapał się za uchem. - Możesz rozwodnić krew salamandry. Co wy na to?

Denis potwierdził radosnym kwikiem, co Katie uznała za zgodę.

Każdy zajął się swoją częścią roboty. Nie licząc złośliwych komentarzy Caspiana na temat umiejętności warzenia eliksirów Nathalie i Andrew, wszystko szło gładko.

No. Prawie gładko.

Katie miała wrażenie, że za chwilę wybuchnie i zabierze ze sobą do grobu połowę uczniów.

Nie wiedziała, co jest nie tak z Denisem, ale tego dnia był wyjątkowo uciążliwy i Ślizgonka zastanawiała się, czy to ma coś wspólnego ze znaczącymi spojrzeniami Caspiana, posyłanymi Puchonowi.

Denis, choć powinien zająć się swoją robotą, zajął się jej. Cokolwiek Katie próbowała zrobić, Denis podrywał się i niezdarnie próbował wykonać zadanie za nią. A ingerowanie w pracę na eliksirach Kathleen Ann Malice groziło poważnym uszczerbkiem na zdrowiu.

Jego dziwne komentarze także nie pomagały.

Kiedy Puchon po raz kolejny rozlał flakonik z wyciągiem z jagód, Katie nie wytrzymała.

- Denis, czy mógłbyś, proszę, trzymać ręce tam, gdzie powinieneś je mieć? - warknęła, biorąc głęboki wdech.

Puchon odchrząknął.

- Trudno przy tobie trzymać ręce na wodzy - poruszył brwiami w taki sposób, że Katie nie wahała się przed przysunięciem się bliżej Caspiana z wyrazem czystego obrzydzenia na twarzy. A Denis nie miał oporu przed podejściem bliżej.

- Denis. Eliksiry - powiedziała stanowczo, udając całkowite skupienie na pracy.

- No, Malice, żar płonie - Caspian zaśmiał się szyderczo.

- Za chwilę ktoś tu spłonie, ale przysięgam-

- Katiś, ty jesteś jak kominek - przerwał jej Denis, jakby sobie coś przypominając. Katie zamrugała i nie przegapiła stłumionego parsknięcia ze strony Caspiana.

- Co?

- No... taka... ten. Gorąca - wyszczerzył się, obnażając swoje dziąsła.

Katie spojrzała na Caspiana z pełną powagą.

- Zamień się ze mną miejscem - powiedziała, starając się nie wydać tłumionego krzyku obrzydzenia.

Mystere tylko odpowiedział szerokim uśmiechem.

- Nie mógłbym was rozdzielić, nie musisz się wstydzić uczuć, Malice - powiedział głośno i popchał ją na Denisa, nim zdążyła zaprotestować.

- No, ja rozumiem, Katie, naprawdę i cię akceptuję, nawet jeśli... - ton Denisa był o jedną kroplą za dużo.

- Dobra, DOSYĆ TEGO. Denis, odsuń się od eliksiru w tej chwili. Trzy kroki w tył i tam pozostań - warknęła, podziwiając się za swoją samokontrolę.

- Ale ja potrafię warzyć! Jestem w tym dobry!

Nie, nie jesteś!

- Patrz, to jest łatwe - kontynuował Denis i chwycił pierwszy składnik z brzega.

Katie miała wrażenie, że następne wydarzenia potoczyły się w zwolnionym tempie.

Najpierw zobaczyła, co przeklęty Puchon trzyma w ręku.

Następnie w jej głowie wyświetliła się definicja:

Korzeń Buchorożnika jest podstawowym składnikiem magicznych fajerwerków. Jego najmniejsza ilość jest w stanie spowodować eksplozję. Należy obchodzić się z nim ostrożnie i pod żadnym pozorem nie dodawać bezpośrednio do wrzącej cieczy, ponieważ...

- Denis, nie...

Potem już tylko obserwowała, jak łapa Denisa wrzuca korzeń do kociołka.

Następnie uśmiech zadowolenia na twarzy Puchona.

Horror w jej sercu.

Ups.

Katie pisnęła i krzyknęła na całą salę: WSZYSCY NA ZIEMIĘ!

I sama upadła pod stolik, chwilę przed usłyszeniem porażającego huku, który oszołomił ją na chwilę.

W górę wystrzeliła niebieskawa ciecz, która następnie zaczęła latać po całym pomieszczeniu. Wylatywała w górę i eksplodowała jak fajerwerki. Byłby to piękny pokaz, gdyby nie uczniowie, krzyczący pod wpływem piekącej substancji, stykającej się z ich skórą.

Nat nie wiedziała, co się dzieje. W jednej chwili usłyszała krzyczącą Katie, a w następnej poczuła ramię Andrew, przygniatające ją do podłogi. Kątem oka zobaczyła chaos panujący w klasie: krzyk, fajerwerki, bałagan. Uniosła się na łokciach i poczuła dziwny zapach, jakby coś przypalonego. I wtedy zorientowała się, skąd pochodzi ów fetor.

- MOJE WŁOSY! - krzyknęła z przerażeniem w głosie, uświadamiając sobie, że fajerwerki podpaliły jej włosy - ZRÓBCIE COŚ!

- Aguamenti! - wrzasnął ktoś równie wystraszony.

Nathalie poczuła strumień wody uderzający w jej twarz, tułów, i całą resztę. Była cała mokra, ale to nie był jej największy problem. Jej fryzura przeobraziła się z długich do połowy pleców loków, w coś, co z prawej strony sięgało brody, a z lewej ramienia.

- Merlinie... - wyszeptała Gryfonka.

- Nie wyglądają źle, Nat. Wystarczy, że je wyrównasz i będzie w porządku. - Andrew próbował ją pocieszyć, lecz jego zmarszczone czoło go zdradzało.

- Katie, jest bardzo źle? - dziewczyna liczyła na kłamstwo.

***

Katie zamrugała nieprzytomnie, zastanawiając się, dlaczego nikt nie krzyczy. Ludzie zazwyczaj mają tendencje do paniki w takich sytuacjach.

Cisza.

Uniosła głowę i zobaczyła Caspiana, poruszającego ustami.

Moment... nie. On chyba coś mówi.

- Co?! - zapytała, jednak nie usłyszała swojego głosu. Okej... wszyscy stracili głos?..., poklepała się w ucho. Okej. To ja straciłam słuch.

Katie, z ściśniętym sercem, wychynęła spod ławki, bojąc się zobaczyć skalę zniszczeń.
Rozejrzała się i uznała, że zostanie pod ławką byłoby dobrym pomysłem.

Cała klasa ociekała niebieską, kleistą substancją. Uczniowie jęczeli (a w każdym razie Katie domyślała się, że jęczą, ponieważ nie mogła tego usłyszeć), także byli pokryci cieczą. Niektórzy próbowali ją zetrzeć, jednak to tylko pogarszało sprawę. Kilka osób zaczęło zmieniać kolor skóry.

Katie spojrzała na Nathalie.

Ups, pomyślała po raz kolejny tego dnia.

- NIE JEST ŹLE! - powiedziała.

I w tym momencie zobaczyła zbliżającego się, jak burza gradowa, Snape'a.

Okej, jest źle.

- Wy - syknął Snape, piorunując wzrokiem czwórkę uczniów. Wydawał się rosnąć. Jak potwór z koszmarów, który pochłania swoją ofiarę. - Wy jesteście największą katastrofą, jaka kiedykolwiek zawitała do tej klasy. Każda wasza cząstka zwiastuje destrukcję i... - zatrzymał się i wyglądał, jakby na chwilę przestał oddychać. - WASZE OWUTEMY WIDZĘ JAKO ZAPIS W KSIĘDZE NAJNIŻSZYCH REKORDÓW, JESTEŚCIE PORAŻKĄ, ZA KTÓREJ TOLEROWANIE ZA MAŁO MI PŁACĄ! Gryfoni! - warknął, wybijając wzrok w Nathalie i Andrew. - Powinni zakazać wam wstępu na poziom poniżej parteru, jesteście anarchią i na twarzach powinni wypisywać wam wszystkim ostrzeżenie dla reszty ludzkości! Jednak czy to jest nowość, że każdy jeden Gryfon, jeśli ma trochę więcej szczęścia, reprezentuje jedną szarą komórkę? Zapewne nie. Ale co się tyczy WAS - wycelował palcem w Caspiana, który wpatrywał się z lękiem w profesora i Katie, która starała się wyobrazić sobie, jak miażdżąca może być tyrada Snape'a, nie mogąc jej usłyszeć. - Jesteście bruzdą na twarzy domu Slytherina, jeszcze żaden Ślizgon, ŚLIZGON, w całej historii nie napawał mnie takim zgorszeniem jak wasza dwójka! Zawstydzacie wszystkie pokolenia przeszłe i przyszłe naszego domu. Zastanawiam się, dlaczego Tiara dała wam prawo do noszenia miana uczniów Slytherinu, skoro najwyraźniej charłak byłby w stanie osiągnąć lepsze rezultaty od was! CO WAM STRZELIŁO DO PUSTYCH GŁÓW? - Snape w tym momencie syczał. Autentycznie syczał. I nikt nie odważył się chociażby oddychać, zapadła przerażająca cisza.

Katie zamrugała, zastanawiając się, w jak wielkich kłopotach byli. Uznała, że to czas, by coś powiedzieli, a żaden z jej towarzyszy nie wyglądał na zbyt chętnego. Spróbujmy spokojnie i dyplomatycznie.

- BO TO NIE MY BYLIŚMY! ... W SENSIE SANESBURRY! NIE WIEMY NAWET, KIEDY SIĘ DORWAŁ DO KORZENIA...!

- Malice, czy twój mózg wyparował w takim stopniu, że nie jesteś w stanie dostosować tonu głosu? - odwarknął Snape. Katie zastanawiała się, dlaczego patrzy na nią, jakby co najmniej obraziła jego matkę.

- CHCĘ TYLKO POWIEDZIEĆ, ŻE TO NIE NASZA WINA! - spróbowała ponownie, jednak poczuła, jak ktoś uderza ją w plecy. Odwróciła się i spiorunowała wzrokiem Caspiana, który wpatrywał się w nią z ustami, zaciśniętymi w cienką linię.

- O CO CI CHODZI?! - zapytała cicho. Zobaczyła tylko, jak chłopak wzdycha i przyciska dłonie do jej uszu. Nim zdążyła krzyknąć, lub go uderzyć, ten przycisnął mocno ręce i Katie poczuła, jak coś odblokowuje się w jej uszach. Usłyszała nieprzyjemny pisk.

- Merlinie, co... - zamrugała. - Słyszę mój głos!

Caspian pokręcił głową.

- Malice, lepiej będzie, jeśli się zamkniesz - powiedział bez większych emocji.

- DOSYĆ - warknął Snape, mierząc winowajców morderczym wzrokiem. - Nie obchodzi mnie, w jaki sposób spowodowaliście tę katastrofę. Naprawicie to wszystko - tym razem mówił cichym, niebezpiecznym tonem. Spojrzał na Nathalie i Andrew. - Wy. Do Skrzydła Szpitalnego. Ale nie liczcie, że wam się udało. Jeszcze dziś widzę was w moim biurze. Omówimy... konsekwencje - jego wzrok wyraźnie wskazywał, że cokolwiek rozumie przez słowo "konsekwencje", nie będzie to miłe.

- I wy - wskazał na Kathleen i Caspiana. - Zostaniecie tu i wysprzątacie całą klasę. CAŁĄ. Na błysk. A o dalszym zadośćuczynieniu porozmawiamy, gdy skończycie.

- Ale... - Katie starała się walczyć.

- Nie. Obchodzi. Mnie. To.

Snape odwrócił się od nich i wyszedł na środek klasy.

- Wszyscy, którzy czują, że muszą: do Skrzydła Szpitalnego. Wszyscy, którzy są w stanie chodzić: wynocha - obrzucił pogardliwym spojrzeniem całą klasę. - I niech ktoś wyniesie Sanesburry'ego - dodał.
Katie powędrowała za jego wzrokiem i zobaczyła, że Denis leży nieprzytomny na ziemi. Nie potrafiła znaleźć w sobie zbyt wiele współczucia.

***

*z perspektywy Kathleen*

Otaczająca ich cisza była przygniatająca. A w każdym razie tak czuła się Katie. Przygnieciona.

Została sama z Ślizgonem-współwinowajcą.

Zerknęła ukradkiem na Caspiana, który stał obok niej i wydawał się być całkowicie skupionym na spływającej z szafki niebieskiej mazi.

- Wygląda jak eksplodowany gumochłon - powiedziała, przerywając milczenie. I natychmiast poczuła, że nie powinna tego robić.

- Eksplodowany gumochłon? - chłopak zmarszczył brwi, przenosząc spojrzenie na Katie. - Skąd wiesz, jak wygląda eksplodowany gumochłon?

Katie wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Ale przypuszczam, że gdyby go eksplodować, to właśnie tak by wyglądał - uśmiechnęła się nerwowo, odgarniając włosy za ucho.

Caspian odwrócił od niej wzrok i cisza powróciła.

- A czy domyślasz się... - po chwili chłopak podjął znów rozmowę, - jak, hipotetycznie, czyści się resztki eksplodowanego gumochłona? - miał zamyślony wyraz twarzy i wyglądał, jakby coś dręczyło jego umysł.

Katie lekko przegryzła wargę, ponownie kontemplując poziom zniszczeń. Zmarszczyła brwi. Coś było w tej sytuacji nie w porządku.

- Czekaj, dlaczego rozmawiamy o eksplodowanym gumochłonie? - zapytała, kręcąc głową.

Odpowiedzią ze strony Caspiana było tylko wywrócenie oczami.

- Ponieważ w innym wypadku zaczniemy rozmawiać o innych rzeczach. Na przykład o tym, że to twoja wina i powinnaś wyjść z jakąkolwiek inicjatywą, jeśli chodzi o posprzątanie tego bałaganu.

Katie skrzyżowała ręce i zmierzyła chłopaka wzrokiem.

- Gdybyś nie przyprowadził tego pajaca, skończylibyśmy eliksir bez problemu - obruszyła się, z westchnięciem wygrzebując ze schowka środki czystości. Caspian nie ruszył się z miejsca, wbijając w nią spojrzenie.

- Gdybyś nie wcisnęła w niego eliksiru miłości, nie byłoby żadnego problemu - odpowiedział, choć jego głos był pozbawiony typowej dla niego zjadliwości. Mało tego, mówił, jakby wcale nie miał ochoty przekląć Katie wszystkimi klątwami, jakie przyjdą mu do głowy.

Ślizgonka przygotowywała się do protestu, jednak tylko otworzyła usta i je zamknęła. Skinęła głową i zachichotała.

- Ale przyznaj, że to było całkiem pomysłowe i spektakularne - powiedziała, próbując stłumić uśmiech. Odważyła się spojrzeć na twarz chłopaka. Ku swojemu zdumieniu zobaczyła, że kącik jego ust zadrgał.

- Doceniam... zaangażowanie. Wzruszające, jak wiele uwagi poświęcasz mojej osobie - powiedział wolno, schylając się, by podnieść jedną ze szmat do czyszczenia. Przyjrzał się uważnie kawałkowi materiału. - Choć nie jestem pewien, czy o tak spektakularny finał ci chodziło.

Katie westchnęła.

- Co ty mu tak właściwie zrobiłeś Puchonowi? Zazwyczaj nie osiąga takiego poziomu głupoty - odpowiedziała, chwytając mop i ze zgrozą zauważając ilość kleistej substancji na podłodze.

Caspian wzruszył ramionami.

- Jest całkiem podatny na sugestie, zauważyłaś?

Katie parsknęła śmiechem.

- Nie umknęło to mojej uwadze.

- Więc kiedy dowiedział się, że tak naprawdę eliksir miał sprawić, że zakocha się w tobie, a nie we... - skrzywił się przy tych słowach- mnie, co zaszło przez pomyłkę, był co najmniej w raju. Docenił twoje starania. Co jest swoją drogą zastanawiające. Myślałem, że nawet on ma jakieś śladowe ilości gustu - Ślizgon uśmiechnął się z zadowoleniem i przywołał wiaderko z wodą. - W każdym razie uległ sugestii, że powinien zawalczyć - tutaj Ślizgon zachichotał, - o swoją wybrankę.

Katie zamrugała, puszczając komentarz o guście niezauważonym.

- Czekaj, ale przecież eliksir nie miał... och - spiorunowała go wzrokiem i zacisnęła usta w cienką linię, gdy zobaczyła, że wyraz zadowolenia na twarzy chłopaka stał się jeszcze wyraźny.

- Ten człowiek jest w stanie kupić wszystko, co mu się wciśnie.

- Ten człowiek właśnie wysadził nasz kociołek i wszelkie szanse na profity u Snape'a - odparowała Katie. - I nawiązując do Snape'a: gość otruje nas przy pierwszej okazji.

Caspian zmarszczył brwi, jednak mimowolnie uniósł kącik ust.

- Gdybyś zobaczyła jego minę, gdy wydarłaś się "wszyscy na ziemię!", niczego byś nie żałowała - chłopak wyglądał, jakby próbował się nie roześmiać.

Katie poczuła uśmiech, cisnący się na jej usta.

- Jak wyglądał? - zapytała z mimowolnym chichotem.

- Coś pomiędzy "Merlinie, nie znowu" a "rzucam tę pracę" - Caspian odpowiedział z figlarskim błyskiem w oku. Katie zastanawiała się, o ile bardziej chłopak byłby do zniesienia, gdyby częściej miał podobne chwile bycia cywilizowanym. Zapewne o wiele bardziej.

Niebezpiecznie bardziej.

Kathleen uniosła wzrok i napotkała spojrzenie Caspiana. Przez chwilę patrzeli na siebie. On z szmatą w ręku, ona ze starym mopem.

Jakby na znak, obydwoje wybuchnęli śmiechem i obydwoje zrobili to mimowolne.

Oto stali, dwójka Ślizgonów, która chciała zrobić sobie na wzajem na złość tak mocno, że skończyli pokonani, wśród niebieskiej, cieknącej mazi z ścierkami w rękach.

Katie westchnęła.

- Dobrze, to chyba na dobre skreśla nas z listy jego ulubionych uczniów.

Caspian zacmokał, kręcąc głową.

- Nie, nie, nie. Jeszcze nie załapałaś zasady. On nie ma ulubionych uczniów. Są po prostu tacy, których toleruje bardziej i tacy, którzy zostają przydzieleni do Gryffindoru - odpowiedział, unosząc kącik ust.

- W takim razie w hierarchii jesteśmy aktualnie niżej niż Gryffindor - odpowiedziała, niechętnie zanurzając mop w wodzie. - To nie lada wyczyn - zachichotała, przejeżdżając mopem po podłodze i obserwując, jak niebieska substancja rozsmarowuje się na kamiennej posadzce.

- Godne dodatkowych punktów za kreatywność - dodał Caspian.

Katie spojrzała na niego z zaskoczeniem. Cała ich rozmowa była dziwnie ludzka. Można by powiedzieć, że wcale nie zniszczyli sobie wzajemnie obecnego dnia i kilku następnych. A teraz Mystere odpowiadał, jakby wcale nie uprzykrzali sobie życia przez ostatnie lata.

No głównie to on uprzykrzał życie mi.

- I bonusu za bezczelną odwagę!

- A także uznania dla wysiłku i pomysłowości.

Katie skomentowała to parsknięciem. Cisza powróciła, jednak była o wiele mniej nieprzyjemna.

- Daruję ci szlaban tysiąclecia, jeśli ty odpuścisz mi akcję z eliksirem - powiedziała po chwili, opierając się na kiju od mopa.

Caspian przyglądał jej się przez jakiś czas, najwyraźniej rozważając propozycję. Skinął głową.

- Propozycja wynika z tego, że skończyła ci się amunicja? - uniósł brew z rozbawieniem.

- Propozycja wynika z tego, że jeśli będziemy kontynuowali tę wojnę, to nie dotrwamy do końca pierwszego semestru - odpowiedziała z krzywym uśmiechem. - Co wcale nie oznacza, że nie poślę cię na Marsa, jeśli znów mnie wkurzysz - dodała, zauważając, że staje się zbyt miła.

Odpowiedział jej cichy śmiech.

- Myśl, co chcesz, Malice, myśl, co chcesz.

Katie wywróciła oczami, zastanawiając się, co tak właściwie się wydarzyło przez ostatnie kilkanaście minut. Godzin. Dni.

Z pewnością coś zaszło, a na pewno się zmieniło, po prostu jeszcze nie była w stanie odkryć, co. Jednak cokolwiek to było, przekonało ją, by powiedzieć:

- Rozejm, Mystere?

I cokolwiek to było, sprawiło, że chłopak odpowiedział:


- Rozejm, Malice.  



A w następnym odcinku wracamy do początków!:

"- Dziś rozpoczynamy kolejny magiczny rok w Hogwarcie. Dla niektórych już ostatni. Dla niektórych pierwszy. Wierzę, że wasze głowy przez wakacyjną przerwę zdążyły pozbyć się zbędnego materiału i są gotowe na nową wiedzę i przeżycia. A żeby przeżyć nie było zbyt mało, kadra nauczycielska przygotowała dla was... niespodziankę – przez salę przeszedł cichy szmer. - W ciągu tego roku będziecie mogli podjąć się różnych wyzwań, przygotowanych przez waszych profesorów. Każde wykonane zadanie zapewni wam punkty i rozgłos. Niewykonane zadanie... może przyprawić was o niemiłe konsekwencje. Bądźcie ostrożni, bo nie wszystkie proste rzeczy są z natury niewinne – spojrzał na nich poważnie. - Ale liczy się zabawa, więc rozpoczynajmy ceremonię przydziału!

Katie zamrugała. Wyzwania? Wymyślili kolejny sposób na wykończenie nas?, pokręciła głową. Nagle poczuła, jak spływa na nią olśnienie. To jest to! Dzięki, stary, szalony Dumbledore! To właśnie tak szkoła nas zapamięta!, złapała spojrzenie Nathalie z przeciwległego stołu i wyszczerzyła się.

To będzie bardzo interesujący rok."